Wszystkie prawa zastrzeżone. Bez zgody autora stron, właściciela prawa autorskich i zarazem ich wydawcy w Internecie żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania lub przekazywana w żadnej formie i żadnymi środkami elektronicznymi, mechanicznymi, za pośrednictwem fotokopiarek czy w inny sposób.

![]() |
|
|
![]() 2010 styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
featuring "Wyznania GEJsza"
love story Stada ludności handlują ze sobą na całego w obrębie pasa przygranicznego, noszą kartonowe pudła, w których jest wszystko, myślę, że można tam kupić nawet Arkę Przymierza, Graala i Zwoje znad Morza Martwego. Dookoła pojazdów kręcą się handlarze żywności, głównie owoców. Do autobusu ich nie wpuszczono, ale ledwo uchylono drzwi, żeby przewietrzyć i już wlali się do środka niczym potop. Kierowca i tour operator walczyli, w końcu udało im się ich wypchnąć, więc nie musieliśmy kupować ananasa, mango, kuchenki mikrofalowej ani magnetofonu kasetowego. Granica. Żegnaj Kambodżo. Duchowo będę wracał ciągle, mam nadzieję, że pewnego dnia i fizycznie. Z niepozornego kawałka Azji zostałaś moim najukochańszym krajem regionu. W lutym myślałem o tym, że szkoda, że plaże kiepskie i nie będzie się dało porządnie wypocząć. W marcu już tylko o Tuol Sleng i Pol Pocie. Wiele miesięcy później dostałem pytanie: - Czysto hipotetycznie: gdybyś miał jechać w podróż poślubną to dokąd? - Korea Północna, Birma, Filipiny, Indonezja - A z krajów, w których byłeś? - Kambodża! Potem było, że jak to, a Indie, Tajlandia? A co za sztuka pojechać na zajebiste plaże i porobić sobie zdjęcia pod Taj Mahal? Siedzieć w dobrobycie, jeść zachodnie żarcie i nic pojebanego się nie dzieje. A tu masakra, kajdany, szubienice, czaszki, krew na ścianach, inwalidzi na ulicach, bieda jak chuj, trauma na całe życie. Właściwie to lepsze na podróż przedślubną. Jak to razem przeżyjecie, to już nic gorszego was nie spotka. No chyba, że weźmiecie kredyt w Providencie. Granica. Wszyscy wysiadać. O wietnamskiej biurokracji krążą legendy, zaś wspomnienia z ambasady pozwalały na żywienie obaw natury czasowej (ile to potrwa?), lingwistycznej (jak im to wyjaśnić?) i personalnej (co za niemiłe fiuty). Mniej więcej się sprawdziło: podzielono nas na Wietnamczyków i Niewietnamczyków (nowa kategoria narodowościowa). Powiedzmy, że Wietnamczycy machnęli paszportami i przeszli, nasze zaś zrzucono na stertę i położono z boku. Pan niechętnie je sprawdzał (dziwne języki, dziwne litery, dziwne nazwiska, komu by się chciało?) i wołał kolejno wylosowanych turystów. Jednak ilekroć trafiał się jego rodak, to z radością odkładał nasze paszporty i zajmował się nim. Dzięki temu wszystko trwało prawie godzinę. Byłem wówczas nieco przyzwyczajony do azjatyckich standardów i tego, że lekkie dojebanie białemu potrafi sprawić niemałą przyjemność większości mundurowych, więc znosiłem to spokojnie – w końcu się przejdzie te magiczne kilka metrów granicy, drzeć się nie ma o co, bo tylko sobie krzywdę można zrobić. Jakiś starszy Amerykanin zaczął protestować, że to skandal jak nas traktują, outrageous, że tamci ludzie przecież nie stali w kolejce, a my tak i że tak nie można. Na szczęście celnik nie zrozumiał nic z tego wywodu i nadal spokojnie odprawiał przyjaciół, czasem kogoś z nas. Pierwsze spostrzeżenie kulturoznawcze: naprawdę mają równość i socjalizm - są równie chamscy i niemili tak dla siebie, jak i dla turystów. Tylko swoich szybciej odprawiają. Moje szczęście dało o sobie znać, odprawiony zostałem jako przedostatni. Koło 19 opuściliśmy gościnne pogranicze i pojechali do Ho Chi Minh City. Nie słyszałem, żeby ktoś używał tego określenia. Sajgon dla normalnych, bo to kojarzy się z milionem rzeczy, od Apocalypse Now po sajgonki. Są miejsca, które mają magiczne nazwy wywołujące burzę skojarzeń i Sajgon to na pewno jedno z nich. Niemniej oficjalnie to jest Ho Chi Minh City, tylko poza radą miejską i kartografami nikt tak nie mówi. HCMC w słowie pisanym zdarza się spotkać. Saigon... shit; I'm still only in Saigon... Every time I think I'm gonna wake up back in the jungle. Pierwsze zmartwienie związane było z wymianą waluty: sobota, 19:30. Szanse na działający bank jak na uczciwego polityka. Humanitarnie wysadzono nas w samym centrum miasta. Rozglądam się i na szczęście są czynne exchange. Dzięki xe.com, wiedziałem, że za euro powinno być jakieś 23,684 dongów. Uczymy się nowych banknotów: dla ułatwienia na każdym jest wujek Ho Chi Minh, Azja standard. Różnią się dość wyraźnie kolorami, ale zastawiono kilka pułapek na turystów. Największą jest 10 i 100 tysięcy dongów. Niemal identyko, trzeba liczyć zera, albo patrzeć na rewersy. Atrakcjami są stare banknoty, na dwustu dongach jest oczywiście wujek Ho, a z tyłu traktor! Ubaw po pachy, niestety to dość rzadko spotykana atrakcja. Na dwóch tysiącach są robotnice w fabryce. Raczej ciężko przegapić, że jesteśmy w kraju socjalistycznym. Żeby było jeszcze wygodniej, są monety, których nikt za bardzo nie kocha i bywa, że nie chcą ich przyjąć. Na szczęście to rzadko spotykany problem. Anglojęzyczni mają niesamowitą radość z nazwy waluty, jak głosi ładnie ling.pl: dong (wulg.) penis. Wiedziałem, ale mnie to nie bawiło, niemniej Brytyjczyk wcześniej spotkany mówił mi: nie mogłem tam, wyobraź sobie, że ktoś do ciebie mówi, że chce osiem tysięcy chujów za zupę. Dwadzieścia euro sprawiło, że miałem portfel wypchany po brzegi – to, że emitowane są wysokie nominały, nie znaczy, że nam je tak od razu dadzą. Udało mi się wyprosić Couchsurfing na Sajgon. Znalazłem telefon publiczny – nie jest to takie banalne, wszyscy przecież mają komórki. W temacie telekomunikacyjnym dopiero miało miejsce jajo: okazało się, że mój telefon nie działa. Gdy tylko chciałem się podłączyć, to informowano mnie, że nie, nie da się, brak dostępu. Na stronie Plusa wisi info, że mają tam partnera roamingowego, jednak moje przejścia świadczą inaczej, no chyba, że coś się zmieniło. W marcu 2009 info takie też wisiało, ale wówczas mogłem używać mojego telefonu do pogrania sobie w Tetrisa na kiblu. Mój człowiek w Sajgonie, Josh, nakazał czekać pod Highlands Coffee. Popatrzyłem na ceny, dziękuję, na zewnątrz też jest fajnie. Gdy tam stałem dziewczynki dwa razy próbowały namówić mnie na boom-boom. Ach, prawie Me so horny, me love you long time! Josh okazał się być bardzo miłą osobą, przyjechał po mnie na skuterze, załadowaliśmy się i pojechali. Sajgon to extremum jeżeli chodzi o ruch uliczny, chociaż extremum to niemal każde większe miasto w Azji. Nie wiem czy są jakieś przepisy, no świateł trochę przestrzegają, ale też nie są przesadnie uparci w tym temacie. O dziwo jakoś to działa i wypadków jest chyba mniej niż być powinno przy takim cyrku, ale początkowo przechodzenie przez ulicę daje niezły rzut adrenaliny. Trzeba wyłączyć myślenie i po prostu wejść w strumień motorów, następnie iść rytmicznie przed siebie. Nikt się nie zatrzyma, ale wszyscy nas wyminą. Największy błąd to spanikować i przyspieszyć, lub zwolnić kroku. Wtedy lokalni durnieją, zaczynają trąbić, hamować i denerwować się. Teoria jest fajna, jednak wymaga trochę przyzwyczajenia i przyjęcia do wiadomości jakże prostej informacji, że nie wjadą w nas, gdy rzucimy się niczym samobójcy pod koła. Dom Josha nie był bardzo oddalony od centrum i wyglądał wielce okazale. Dwa piętra, wielka kuchnia, świetna łazienka. Od razu nakazał częstować się zawartością lodówki. Było w niej piwo, wódka i światło, więc od razu mi się spodobało. Na stanie miał jeszcze dwójkę Kanadyjczyków. Musiał gdzieś iść, zostawił nas samych. Po zapoznaniu się i wymianie informacji nabraliśmy ochotę na coś do jedzenia. Tu okazało się, że prawda jest smutna: wychodząc Josh nas zamknął. Obadaliśmy balkon. Opracowaliśmy drogę ewakuacyjną na wypadek pożaru: wyjście nie było takie trudne, wymagało trochę skakania po dachach i daszkach, a także zjazdu po kablu, ale było do zrobienia. Powrót jednak nie wydawał się możliwy, a przynajmniej nie bez skręcenia karku. Im bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy udupieni, tym bardziej chcieliśmy wyjść coś zjeść. Przeszukaliśmy okolice drzwi. Z jednej strony głupio myszkować po domu komuś, kto zgodził się przenocować cię i zaufał, z drugiej jeszcze głupiej zamykać ludzi. Udało nam się otworzyć pierwsze drzwi, drugie, ale polegliśmy przy kracie. Powróciliśmy na balkon i próbowaliśmy zainteresować kogoś z sąsiadów naszą smutną sytuacją, niestety bezskutecznie – nikt nie mówił po angielsku. Gdyby nawet ktoś mówił, to chyba by nie przeszło, bo jak? „Dobry wieczór, chcielibyśmy tylko wyskoczyć po zupę, ale nasz wietnamski przyjaciel zamknął nas na głucho i nie mamy jak wyjść. Czy możemy przejść przez państwa balkon? I proszę nie zamykać, za jakąś godzinę będziemy chcieli wrócić!” Odbyliśmy wiele cennych rozmów żrąc orzeszki naszego gospodarza. Wyżyny kreatywności osiągnęliśmy układając plan porwania kota sąsiadów. Trzeba było tylko zwabić go na nasz balkon, a potem wziąć jako zakładnika i zażądać trzech misek zupy (w tym jednej wegetariańskiej) za zwrot zwierzyny. Koszt okupu: 24000 dongów. W wypadku odmówienia współpracy, bylibyśmy bezwzględni i zjedli kota na oczach właścicieli. Robiliśmy „kici kici” we wszystkich znanych nam językach, ale niestety, albo kot był wyjątkowo tępy, albo przewidział nasze niecne plany. Absurd wyjebał pod sufity w okolicach 1, gdy żeby tylko coś powiedzieć, powiedziałem: - Szkoda, że nie mamy ryby, za pomocą ryby na pewno już dawno byśmy go tu zwabili - Gdybyśmy mieli rybę to nie próbowalibyśmy złapać kota, tylko dawno ją zjedli. Sto razy bardziej wolę jeść rybę niż kocinę. Kota nieco zainteresowało, gdy Kanadyjczyk zaczął udawać ptaka i trelić. Misterny plan poszedł w odstawkę w momencie, gdy właścicielka kota wyszła przed dom dzierżąc w dłoni wietnamski Fakt, energicznym ruchem nogą przesunęła swojego mruczusia, zdzieliła w plecy gazetą i rozsiadła się przed wejściem na tłustym tyłku, kot na wychudzonym. Jedno z nich pomiaukiwało (zagadka które). Do kompletu atrakcji wyłączyli prąd na jakieś 30 minut. Pokonani przez rzeczywistość wypiliśmy kilka piw, dożarli orzeszki i poszli spać. Mnie jeszcze pokonało pytanie co to cyrylica i czy mamy to w Polsce. Następnego poranka Kanadyjczycy wyjeżdżali bardzo wcześnie. O 6:30 Josh mnie obudził i powiedział, że mogę spać w jego łożu małżeńskim. Mój stopień kontaktowania ze światem był taki, że ledwo je zlokalizowałem, ale rzeczywiście, nieco milej niż na glebie. Z lekka dziwiło mnie, że otula mnie kołdrą, ale uznałem, że może ma potrzebę opiekowania się kimś, diabli wiedzą, fajnie, że jest gdzie spać. O 8:30 wstałem i nie chcąc przeszkadzać gospodarzowi w wolnym dniu udałem się w stronę najbardziej interesującej mnie atrakcji Sajgonu, a raczej okolic: Cu Chi Tunnels. Śniadanie wybrałem banalnie i raczej drogo, jakaś wietnamska wariacja na temat restauracji sieciowej, zwabiły mnie tam napisy po angielsku. W tym kraju drogo oznacza kanapkę nadziewaną rybą za 11 tysięcy, popite kawą za 13. Opowieści o wietnamskiej kawie okazały się nie być przesadzone: nawet w takim chujowatym lokalu kawa była wspaniała. Miałem rozpisane jak dotrzeć do atrakcji przy pomocy lokalnych autobusów, jednak wcześniej trzeba było znaleźć pętlę. W drodze tam zaliczyłem poważne faux pax: zobaczyłem posuniętą w latach kobietę z wypaloną połową twarzy. No i mnie zwiesiło, rozdziawiłem usta jak idiota i gapiłem w nią kilka sekund. Spojrzała na mnie z tak straszną nienawiścią, że uciekłem. W innym kraju to by nie zadziałało, ale tu Wietnam, legendarna wojna/konflikt jak żartują amerykaniści, każdy powyżej 40-ego roku życia załapał się na atrakcje, które zafundowali im rycerze demokracji i wolnego rynku. Znalezienie pętli wydawało się łatwe, była niemal w samym centrum miasta. Jej rozmiar przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Gorąco jak szlag, człapię i szukam odpowiedniego autobusu. Myślenie nie ma tu przyszłości, organizacja ruchu jest tak skomplikowana, że nie ogarnąłem jej umysłem. Podejrzewam, że nie istnieje, ale wstyd im się przyznać, więc wbili losowo znaki w centrum miasta, a teraz patrzą, co z tego wyszło. Opowieści o bucowatości Wietnamczyków okazały się być jeszcze bardziej prawdziwe niż te o kawie. Większość cywilów gdy tylko widziała mnie z mapą w dłoniach i uśmiechem na ustach nawet nie czekała aż się odezwę, tylko od razu mówiła jasno i wyraźnie „NO!” zazwyczaj dodając do tego zdecydowane machnięcie palcem. Taksiarze bardzo chcieli mnie zawieźć do Cu Chi Tunnels, no przynajmniej do autobusu numer 13, ale odmawiali udzielenia informacji, gdzie też zaczyna kurs potrzebna mi linia. Nie będę przecież brał taksówki, żeby podjechać góra pięćset metrów – ta jebana linia jest gdzieś na tej pętli, po której się miotam! W końcu jakaś dobra dusza w mundurze policjanta wskazała mi kierunek i znalazłem przystanek. Za 2000 dongów kupiłem wielki worek ice tea. Lepsza niż to, co u nas oferują za grube pieniądze. Żadnych E223, E3485, barwników, utleniaczy i gnojowicy, tylko herbata. Nie wiem czy było tam więcej picia, czy lodu, ale nie miałem na pewno powodów do niezadowolenia, z nieba świeciła taka lampa, że wybrzeże Kambodży poczęło jawić się jako miejsce wyjątkowo chłodne. Pomnożyć przez szalony ruch uliczny, potęgować przez spaliny, dzielić na kurz i można zrozumieć, dlaczego wcale niemało osób nienawidzi Sajgonu. W końcu udało się wsiąść do autobusu, zapłacić 5000 za bilet i posadzić tłusty tyłek na krzesełku. Wietnam to miejsce, gdzie dziękujemy historii za kolonizację francuską i katolickich misjonarzy – efektem jest łaciński alfabet (no, z małymi modyfikacjami). Dzięki temu wiemy dokąd jedzie autobus i jak nazywa się ulica, odbiera to nam też zabawę w transkrypcję. Przejazd do tunelów Cu Chi nawiązywał do wielkiego dzieła Tołstoja „Droga przez mękę”. Sajgoński ruch uliczny to coś pomiędzy katastrofą, a dziełem sztuki. Zwężenia i zajeżdżanie drogi dałoby się jeszcze przeżyć, ale klaksony... Wietnamczykom powinno się wydawać klaksony tylko po wypełnieniu przez nich odpowiednich formularzy, zawierających pytania takie jak „czy po wydaniu klaksonu będziesz cały czas go napierdalał, czy też może będziesz czasem robił sobie przerwy?”. Większość by nie zdała, a już na pewno nie kierowca tego autobusu. Nawet gdy nic się nie działo, nawet gdy staliśmy na światłach, to walił w klakson. Gdyby zasnął za kółkiem to dalej tłukłby w kierownicę, taka choroba zawodowa, odruch bezwarunkowy. Jak żonę posuwa to pewnie też tłucze prawą ręką i się wydziera, żeby mu z drogi. Rozważałem zakład o 10000 dongów: jeżeli dojedziemy do Cu Chi, a pan ani razu nie zatrąbi, wówczas dycha pana. Bariera językowa uniemożliwiła zrealizowanie planu, a bardziej przebojowy ode mnie okazał się pewien Amerykanin. Gdy do autobusu wbiło dziecko sprzedające lody, to policzył ilu jest pasażerów i postawił każdemu loda (w sensie spożywczym), w tym kierowcy i obsłudze. „Musimy dbać, żeby nasz kierowca był szczęśliwy” - powiedział przy tym. Dziecko z lodami się posrało ze szczęścia, pewnie skasowało nieco więcej niż ustawa przewiduje. Delektując się wodą z cukrem, analizowałem dyskretnie poddanego Obamy. Wiekowo nawet wyglądał, mógł się załapać na kawałek wojny. Tylko dlaczego z tej okazji chciałby kupować wszystkim lody? Chyba, że miał aż tak dobre serduszko. Oglądanie rzeczywistości pozwoliło na wyciągnięcie jeszcze jednego wniosku: Wietnamczycy to szaleńcy! Mają socjalizm, ale na ulicach wywiesili plakaty nawołujące o więcej socjalizmu. Jazda do Cu Chi trwa dość długo. Na pętli trzeba przesiąść się na autobus podmiejski. Ścisk mniejszy, jedziemy przez wioskowate klimaty, Pluton, Urodzony Czwartego Lipca przed oczyma, jest pięknie. Pod koniec podróży zagadali do mnie Azjaci. Najpierw myślałem, że kolejni cholerni handlarze, ale ci jednak nie występują w składzie dwóch starszych panów i dwie młodsze panie. Widziałem, że nie lokalni – zbyt dobrze ubrani, a i fizjonomie inne. Okazało się, że oni są z Tajwanu, zaś panie pochodzą z Filipin. Jeden był prezesem, drugi jego zastępcą, one sekretarkami. Po kilku minutach rozmowy odkryłem, że zależności idą mniej więcej jak u nas: najlepiej po angielsku mówiły sekretarki. Nieco gorzej zastępca, zaś najgorzej pan prezes. Gdyby wzięli ze sobą portiera, to ten pewnie wymiatałby na poziomie Profa. Średnią miałem melodię na odpowiadanie po raz milionowy na ten sam zestaw pytań, ale byli bardzo mili i widocznie im zależało. W momencie, gdy zapłacili mi za autobus, to poważnie zgłupiałem: - Dlaczego? - zapytałem - Chcemy ci pomóc bo jesteś młodym turystą zainteresowanym Azją – usłyszałem w odpowiedzi. 3000 dongów nie fortuna, ale gest piękny, dziękuję. Idziemy do wejścia, szybkie polecenia po chińsku, Filipinka wyrywa przed nas i kupuje wszystkim bilety wstępu. Chcę oddać, ale oni nie chcą wziąć. - Pewni jesteście? To już wcale nie jest tanio, 80 tysięcy. - Tak, tak, chcemy ci pomóc, nie przejmuj się. Cholera, zaczynam bać się podstępu, wszędzie obawiałbym się takiej dobroczynności, ale tu już niemal leję po nogach. Robimy sobie zdjęcia, bardzo im zależy, żebym był na każdym. Nie przeszkadza mi to, i w Chinach i w Indiach było to samo. Pojąć nie mogę po co im zdjęcia z obcym białym, ale jeżeli tylko sprawia im to przyjemność, to mnie nie boli. Początek konkretu zwiedzaniowego: makiety z dawnych lat, składowiska amunicji, manekiny w mundurach. Przydzielają nam przewodników i oglądamy film: życie i śmierć w tunelach. Niektórzy urodzili się tam i światło słoneczne zobaczyli dopiero w kolejnym roku życia. Dość rozbudowana część o tym, jaki Vietcong był wspaniały. Wątek ten jeszcze powróci, tu był umiarkowanie nachalny. Po projekcji idziemy do tuneli. Po drodze leje po bombach, dziwo, że tyle lat się ostały. Tunele były jednak na takiej głębokości, że mogli sobie bombardować, a bombardować. Nie spodziewałem się wielkich korytarzy, ale to po prostu koszmar – miejsca nie ma w ogóle. Idę zgięty w pół, co chwilę ocieram plecami o sufit (to boli), a ramionami o ścianki (to też boli). Po dwudziestu metrach wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia. Można się w końcu wyprostować. Wszystko zrekonstruowane (no, poza smrodem stada ludzi, którzy tam mieli nieszczęście żyć). Stół, przy którym siedzi dowództwo manekinów, szpital polowy z porodówką (są nawet symulujące rannych manekiny i sprzęt z epoki). Kolejne tunele jeszcze mniejsze. Nagle w jednym ktoś dostaje ataku paniki, uderzył go nietoperz. Ciemno, nic nie widać, ani do przodu, ani do tyłu. Nietoperz nie ma jak przelecieć i obija się o ludzi. W końcu jakoś wyfrunął. Siedzę na stopach, ledwo mogę oddychać. Klaustrofobia krańcowa mnie ogarnęła, chociaż wiem, że nie mam. Ktoś zaczyna wrzeszczeć. Piekło na wycieczce. W końcu udaje się wydostać do kolejnego pomieszczenia. - Ten tunel miał dziewięć metrów długości – informuje przewodnik. Nie wyobrażam sobie łażenia kilometrami jak to robiły setki żołnierzy każdego dnia. Pan przewodnik mówi, że jeżeli ktoś nie czuje się na siłach to tam jest wyjście. Kilka osób rezygnuje, oczywiście zostaję. Moi tajwańscy przyjaciele poddają się, ja i Amerykanin ratujemy honor turystów świata. Ostatni tunel to już niemal czołganie się na czworakach. Potem koniec. Zlany potem, brudny, poobcierany, nie wiem czy szczęśliwy, ale zafascynowany na pewno. Następnie część muzealna - wystawa pułapek jakie czekały na klientów: głównie zapadnie, różnica tylko w tym czy wbijało się w nogę kolce, drzazgi, czy gwoździe. Łącznie tunele ciągną się przez 250 kilometrów! (widziałem też info, że 120) Dorodni Amerykanie nie dawali sobie w nich rady, więc używali zaprzyjaźnionych Koreańczyków do ich penetrowania (tuneli, nie Amerykanów). Robota mało wdzięczna, śmiertelność duża (czołgasz się nogami do przodu i masz nadzieję, że nie upierdoli ci zaraz nóg, ani nie wsadzą ci bagnetu do dupy). To dodatkowo wyjaśnia ciepłe uczucia jakimi lokalni darzą Koreańczyków. Nikt nigdy nie znał całego rozkładu tuneli, nie chciano ryzykować, że wygada przy wpadce. Poza pułapkami: buty jakich używano, czyli guma zamiast podeszwy, pełen recycling. Legenda głosi, że za dodatkową opłatą można sobie postrzelać z karabinu stacjonarnego. Nie widziałem, ale też nie szukałem, podobno do wyboru jest M60 i Tommy Gun. Z mniej wiarygodnych źródeł: za 5$ można rzucić granatem, a za 10$ odpalić bazookę. A za 1000$ może nawet i spalić miotaczem ognia wietnamską wioskę. Ależ wszystko drożeje, kiedyś można było za darmo i jeszcze medal dawali! Tajwańczycy zabrali mnie na kawę. Z racji panującej temperatury zdecydowałem się na lodową, oni pili ciepłą, podziwiam. Panie odprawiono na spacer, my zaś spędziliśmy godzinę rozmawiając na różne tematy. Oczywiście nie wiedzieli za wiele o Polsce, więc jakieś podstawowe info im przekazałem. Tak, mamy własny język, brzmi mniej więcej tak. Nie, to nie to samo co Holandia. Miewamy -20 w zimie, tak, są kraje, gdzie jest nawet chłodniej. Jesteśmy w UE, nie mamy euro, ale chcemy mieć. Fajnie się patrzy, gdy ludzie robią „wow” na takie info. Sam o Tajwanie wiem niewiele: stolica Taipei, Sun Yat-Sen i Chang Kai-shek, to kojarzę, ale bez rewelacji, niemniej byli pod wrażeniem. To chyba największa nagroda – gdy te niby wszystkie nonsensowne informacje nagle pozwalają ci błysnąć w towarzystwie ludzi z końca świata. Potem przerobiliśmy kilka tematów: dlaczego przyjechałem do Wietnamu („Bo jest! Poza tym kilka filmów, które lubię, działo się tutaj, no i niezła historia kolonializmu i impreza z USA”). Zapytałem o stosunki Tajwanu z Chinami. Żaden Beijing, tylko Peking! Gdy lecimy do Pekinu... - Jak to? Są bezpośrednie loty? Myślałem, że nie ma? - Są, są, tylko najpierw trzeba lecieć do Hong Kongu, tam się przesiąść i już jesteśmy w Pekinie. No tak, typowo bezpośredni lot. - Czy wszyscy w Polsce są tacy jak ty? To mnie chyba najbardziej ubawiło. - Jak zarabiasz na życie? Full time alcoholic, part time writer – chciałem odpowiedzieć. Powołałem się jednak na mój krótki epizod współpracy z Gazetą Krakowską, omijając etap zakończenia go. Oczywiście wywołało to wielki aplauz. Ech, Azjaci, naiwni jak dzieci, myślą, że jak ktoś tu pracuje w gazecie to pana boga za nogi chwycił, zarabia fortunę i do końca życia jest ustawiony. Nie wyprowadzałem ich z błędu, bo jeżeli im mówisz prawdę, to myślą, że robisz z siebie męczennika i bredzisz. A gdyby tak trafili na ludzi, którzy tam naprawdę dłużej popracowali...słyszą UE, gazeta i widzą fortuny w euro. Powróciły Filipinki. Kochali mnie już do tego stopnia, że kusiło zaproponować perwersje, albo poprosić, żeby mnie też taką skołowali. Rozpoczęliśmy powrót. Po drodze poszaleli i zaopatrzyli się w różne wiktuały ze straganów. Kolektywnie jedliśmy mango na ostro i przepiórcze jaja. Coś mi tam trybiło, że to może być ryzykowne, ale one dosłownie karmiły, więc nie pyskowałem, tylko pokornie żarłem co też do ust podawały. Autobus powrotny spowodował, że zbliżyliśmy się jeszcze bardziej, w pornosach się tak blisko nie trzymają jak my w tym busie. Dotarliśmy do pętli, to chyba czas się pożegnać? - Czy pozwolisz nam zaprosić się na posiłek? - No, nie wiem. Ach, niech będzie, znajcie moje dobre serce. Pozwalam. Poszliśmy do restauracji. Znali ich tam, gdy tylko zobaczyli pana dyrektora rzucili się tańczyć wokół nas. Nakrył się stół, pojawiło się piwo Saigon. Moje jedyne przemyślenia co do menu sprowadziły się do konstatacji „o kurwa, ale mają akcentów w tym wietnamskim”. Próbowali mi tłumaczyć, ja też próbowałem – że nie jem mięsa, może być ryba. W końcu pozamawiali jakieś chore ilości potraw. Na stół wjechały standardowe zakąski i mniej standardowa ryba – wielka, surowa, na półmisku, pod nim palnik. Prezes rzucił się do działania z ogniem w oczach, który szybko przełożył się na ogień pod palnikiem. Znęcał się nad rybą, przerzucał ją, oblewał sosami. Pracownicy kibicowali z uśmiechem i podziwem, a ten był w swoim żywiole. Biedna ryba nie, nie była też mała, co chwilę przelatywały mi przed oczyma płetwy grzbietowe, ogonowe i pysk. Każdy mógł wybrać, którą część płetwala chce, czy woli ją mniej lub bardziej wypieczoną. Zdecydowałem się ostrożnie na coś ze środka stawki, ani ogon, ani głowa do mnie specjalnie nie przemawiały. Musiano mi to oczywiście nałożyć, nie byłem w stanie poradzić sobie pałeczkami z dzieleniem ryby, a odmówiłem używania zachodnich sztućców. Ryba w tej formie nie została moim ulubionym daniem, ale za atmosferę podawania, ogólną radość towarzyszącą smażeniu („więcej ognia, nie, teraz na lewy, nie, bardziej głową, wylał się sos, nie, inaczej”) ze spokojnym sercem i sumieniem mogę powiedzieć, że warto. Jednak tytuł gwiazdy posiłku przypadł niepozornie wyglądającej potrawie, jakieś tam zawijątka w sosie. Wydawało mi się, że to mięso, ale uświadomiono mnie, że nie, to nie mięso, to żabie udka. Rzeczywiście, to danie wegetariańskie. Nie bardzo chciałem, ale nalegano, żebym spróbował, a na pewno pokocham. Dobrze, w końcu próbowanie lokalnych potraw to jedna z wielkich radości podróżowania. - Normalnie się to je? Biorę pałeczkami, gryzę i połykam? - Tak, tak Biorę więc pałeczkami, wrzucam do buzi. Gryzę. - O KURWA MAĆ! - Oh mister, pogryzłeś czaszkę, tego się nie gryzie, ją się wysysa. - Właśnie to miałem na myśli pytając, czy to się je normalnie – odparłem ze stoickim spokojem wydłubując kawałki czaszki z zębów. Nauczony doświadczeniem udka wyssałem. Nie smakowało mi, kurtuazyjnie trochę zjadłem, ale uciekałem jak najdalej się dało do potraw obarczonych mniejszym ryzykiem. Będąc w klimatach kulinarnych, musiałem zadać pewne pytanie: - Czy to prawda, że Wietnamczycy jedzą psy? - Tak. Och, chciałaś iść na psa? Tu obok jest świetna restauracja, możemy jeszcze pójść jeżeli chcesz, ale psy nie są najlepsze. - Nie, nie, tak kulturoznawczo pytałem. Wierzę, że nie są. A czy to prawda, że w Chinach jedzą koty? Gdy tam byłem, jeszcze wtedy nie będąc dziwem wegetariańskim, dostałem zupę ze strasznie syfnym mięsem i podejrzewam, że to mogła być kocina udająca wołowinę. - Możliwe, ale kocina niczego nie udaje, normalnie w menu jest wypisana. Sylwestra, Garfielda, Lassie i Szarika też by pewnie wpierdolili. Filipinki chichrały się jakby im ktoś robił coś fajnego. W końcu wydusili z nich: przyjdzie ichnia koleżanka, która wkrótce będzie brała ślub. Dyrektor nie był zachwycony, powiedział, że nie wolno robić takich spontanicznych akcji. Filipinki potulnie położyły uszy po sobie, przestały się cieszyć i zadzwoniły do koleżanki, że nici z imprezy. Miałem wizję: orgia w sześć osób. Brakowało jednej dziewczynki, więc postanowiły zadbać i o jakąś dla mnie. W tej części świata Filipiny to trochę zagłębie burdelowe, mniej więcej jak u nas mówi się o paniach z Ukrainy. Lepszy wybór, bo średnia urody wypada zdecydowanie na korzyść sióstr z Azji południowej. Pracowali w branży stalowej, czyli chyba kasa niezła, ale przez wrodzony takt nie pytałem. Żalili się na Wietnam: mówisz, żeby robili, a ci nie chcą więcej niż osiem godzin dziennie, domagają się kasy za nadgodziny, wszystko strasznie powoli. Chiny...w Chinach to jest życie. Powiesz, że mają pracować na trzy zmiany, będą pracowali. Kierownictwo nie ma nastroju na wypłacenie nadgodzin – przyjmują do wiadomości i zapierdalają dalej w pocie czoła. Przyznali się jednak, że warunki pracy i pieniądze płacone w Chinach nieco wołają o pomstę do nieba i w związku z tym zdarzało im się inspirować strajki i nieoficjalnie mówić ludziom, że mogą coś sobie wywalczyć. Spożywałem piwo, oni w sumie też, szło im to tak sobie, mnie szło świetnie. Piwo nazywa się Saigon, ma 330 ml i 4,9%. Gdy skończyłem trzecie pan dyrektor zapytał, czy dam radę czwarte. Myślałem, że sobie jaja robi, powiedziałem, że dam i dziesiąte jak o takich piwach mówimy. Spytał, czy jeżeli kupi mi czwarte to wypiję i czwarte. Po chwili zaczął niemal przerażony szeptać „to niemożliwe” widząc jak w kilka minut wypijam to nieszczęsne czwarte. Zrozumiał potęgę słowiańskiej duszy. A i tak miał szczęście, że nie trafił na ruskich, bo do dzisiaj by tam siedzieli, a ten koło dwudziestego czwartego ani chybi umarłby na zawał. Gdy nasze radosne spotkanie miało się już ku końcowi, a dzień zmierzchał, dostałem dyrektywy od prezesa: - Idź się wysikać - Ale nie mam potrzeby - Idź, bo będziesz długo jechał autobusem i nie będziesz się miał jak wysikać! Nie chcąc być niegrzecznym poszedłem. Jak prezes, to pewnie wszyscy w firmie sikają jak tylko krzyknie, a wielu jeszcze niekontrolowanie na sam widok jego osoby. Snując te przemyślenia nad pisuarem odkryłem, że kostka toaletowa jest w kształcie serduszek. Nie do końca rozumiem, ale przyjmuję do wiadomości. Może ma to wpływać na pozytywny nastrój randki, chłopak nie może się przełamać, idzie lać, widzi serca, wychodzi i obwieszcza restauracji „mój ci on/a!” Zacząłem obawiać się do której jeździ autobus, do miasta niezły kawałek, a doświadczenie mówi, że w tej części świata nie należy przesadnie liczyć na komunikację nocną. Uspokojono mnie: jeżeli tylko nie będzie transportu, to stawiają mi taryfę. Delikatnie mówiąc było mi już zajebiście głupio, ale oni wydawali się tym szczęśliwsi im więcej mogli mi kupić. Zawieźli mnie taksówką na znaną już dobrze pętlę, zastępca dyrektora zaprowadził za rączkę do autobusu. Dziękowałem wylewnie paląc z nim pożegnalnego peta. Mi z kolei dziękowano za spędzenie dnia z nimi. Nie bardzo wiem za co, ale jeżeli kiedyś się dorobię to chyba też zacznę szukać fajnych turystów i będę ich wspierał finansowo. Przez cały czas spotkania nie wyjąłem ani jednego papierosa z paczki. Częstowali mnie swoimi. Dzięki temu przerobiłem taką ciekawostkę jak Davidoffy z Tajwanu. Powrót trwał cholernie długo. Nie było nudno, ponieważ mieliśmy zepsute światła, w tym kierunkowskazy, pomocnik kierowcy wychylał się przez drzwi lub okno, machał ręką i krzyczał „buebue”, żeby pokazać innym dokąd jedziemy. Zrozumiałem też genezę powiedzenia „zrobić komuś Sajgon”. Odnosi się ono bezpośrednio do wspominanego z uporem ruchu drogowego. Gdzieś w połowie drogi z Cu Chi do Sajgonu przeżyłem olśnienie. Bez działającej komórki nie jestem w stanie zrealizować żadnej transakcji, przecież wszystkie mam potwierdzane sms kodem. Zaczęło do mnie docierać: chcę kupić przynajmniej jeden bilet lotniczy, a na drugim chciałbym zmienić datę. Nie zrobię tego bez komórki. Humor od razu mi się poprawił. Wróciłem sobie w podskokach i z pieśnią Atari Teenage Riot na ustach. Dzień marzenie się udał. Nie sądziłem, że prawdziwe atrakcje dopiero na mnie czekają. Po drodze nakupiłem piwa, w każdym większym sklepie samoobsługowym zatrzymywałem się i wybierałem co tam mają. Postanowiłem spróbować wszystkiego, może kryją się tu jakieś perły, o których świat nie wie? - pytałem sam siebie dokładając do koszyka napój o wdzięcznej nazwie Zorloc. Szczęście sprzyjało mi tego dnia, idąc na azymut i nie wyjmując mapy znalazłem bez większych problemów mieszkanie Josha. Zastałem go przed telewizorem, podzieliłem się wrażeniami z Cu Chi Tunnels. On spędził cały dzień ze swoją dziewczynką, która pracuje gdzieś na lotnisku, a potem był na siłowni. W przerwach między towarzyskim śmianiem się z durnego programu w TV, popijając Zorloca wysłałem tony maili o tym jaki Wietnam jest fajny. Już za kilka minut miałem przekonać się, że też dość niespodziewany, a przede wszystkim zaskakujący. Nie przeciągając, oto epicka historia, której tytuł roboczy „Pedał z Sajgonu” (a kiedyś to była „Dama z Szanghaju”, wot znak czasów) ewoluował i ostatecznie nabrał bardziej poprawnego brzmienia "Wyznania GEJsza". Zaczęło się niewinnie. Wypiłem co do wypicia było, podziękowałem za łoże małżeńskie z nim, położyłem się w piżamie i w mym małym pokoiku z materacem i zbierałem się do spania kiedy przyszedł Josh dzierżąc pod pachą skoroszyt. Rozpoczął opowieść o tym, że uczy się masażu wietnamskiego i obecnie jest na pierwszym stopniu wtajemniczenia. Żeby przejść na kolejny musi wymasować dwadzieścia pięć osób. Na razie udało mu się znaleźć siedem, a czy będę tak dobry i zostanę ósmą? Ależ będę, normalnie płacić trzeba, a wierzę, że nie skręcisz mi przypadkiem karku ani nie połamiesz kręgosłupa. Dobył plansz z wiedzą tajemną. Zacznę tu, a potem tam, ważne w masażu wietnamskim są mięśnie krocza, więc nie dziw się, że będę je uciskał. A uciskaj se, brzydsze od ciebie już uciskały. Przyniósł opaskę na oczy – to pomaga się zrelaksować. Przyniósł olejek – czy odpowiada ci zapach, czy wolisz inny. Odpowiada, odpowiada! Leżę sobie na plecach, opaska na oczach, a ten zaczyna akcję. Plecy, kark, rewelacji nie ma, Tajka była lepsza. Tak sobie leżę, a ten w kółko mówi, żeby się relaksować i zasnąć. Panie, nie zasnę jak mnie ktoś smyra! Spytał czy może mi zdjąć gacie, będzie wygodniej. Proszę cię bardzo. Leżę na brzuchu, ten mi tyłek masuje. Kolonoskopię chyba najchętniej by mi zrobił, specjalnie mnie nie relaksuje, ale niezłe. Następnie przeszedł do osławionych już mięśni krocza. Zasugerował przewrócenie się na plecy. Z kroczem w ujęciu frontalnym miał chyba większe doświadczenie, szczególnie upodobał sobie moje pachwiny. Efekty przyszły dość szybko, zresztą jak ktoś się zabawia okolicami ptaka i worami to chyba ciężko o inną reakcję. Zaczęło mnie to coraz bardziej intrygować, ale postanowiłem jeszcze nic nie mówić. Było to szczególnie trudne, gdy chyba przeświadczony o tym, że śpię zaczął mi robić klasyczną laskę. Próbowałem nie dostać ataku śmiechu, ale było naprawdę ciężko. Niestety, nie był on fachowcem w temacie. Bywało i gorzej, ale on strasznie szybko stracił zapał i robił tę laskę tak na odwal, że w końcu straciłem cierpliwość i zapytałem wprost, czy te kpiny będą jeszcze długo trwały. Zeznał, że nie, że chyba już nic więcej dzisiaj nie osiągnie. Ja też tak myślę. Poczynił jakieś pozorne czynności na mych udach, które miały zakończyć masaż. Gdy przestał, uchyliłem opaskę, tylko po to, żeby odkryć, że właśnie zdejmuje aparat z półeczki nad łóżkiem. Zestresowany całą sytuacją zachował się wyjątkowo niefachowo – aparat wypadł mu z rąk, baterie wypadły, a on zastygł w bezruchu oczekując na moją reakcję. Byłem właśnie na kolejnym etapie duszenia się ze śmiechu i nie bardzo mogłem cokolwiek powiedzieć. Podziękował mi za współpracę, ja jemu i położyłem się zastanawiając czy 22 marca to jakiś magiczny dzień, w którym dzieją się cuda i dziwy. Gdy godzinę później szedłem do łazienki zastałem go przy komputerze. Żywiołowo tłukł w klawiaturę. Zapewne zostaliśmy gwiazdami jakiegoś portalu gejowskiego. Nie do końca rozumiem co to za wspomnień czar mieć filmik jak się komuś robi pałę, ale dyplomatycznie wyjaśnijmy to różnicami kulturowymi. Może tam to jakieś trofeum, przegałkował już siedmiu innych couchsurferów, jak wiadomo wspomnienia to najlepsze pamiątki . Jedni skalpy, inni głowy, ten dokumentuje swoją działalność w sprawie lodów. Ech, mam nadzieję, że chociaż niezgorsze oceny dostaliśmy tam, gdzie to wrzucił. Czułem się też jakbym oddał wielki dług. Te samotne noce spędzone nad Redtube czy Eskimotube, oglądanie tych wszystkich perwersji z różnych zakątków świata. Dzięki niemu może i ja komuś sprawię radość. Gdybym wiedział, to zostałbym w butach i narzucił koszulkę NIN czy Tori, wyglądałoby to o wiele lepiej, a na pewno ciekawiej i bardziej intrygująco. Dałoby się jakąś muzyczkę w podkładzie. A tak, oglądanie tego może sprawić przyjemność tylko wybitnie perwersyjnym jednostkom. Nie ryzykując porannego sexiku, zebrałem się i już chwilę po 8 wyruszyłem na zdobywanie Sajgonu. Pełen optymizmu wpadłem do typowo wietnamskiej jadłodajni, gdzie moje bełkotanie w temacie opcji wegetariańskich przyniosło efekt w postaci ryżu. Samego ryżu. Westchnąłem ciężko i zasiadłem do tego. Po chwili podano mi sos sojowy. Nieco lepiej, ale posiłek życia to nie jest. Po kolejnej chwili podano mi sałatę. Potem jeszcze ogórka. Może gdybym posiedział z godzinę to w końcu dostałbym większą ilość sensownych rzeczy. Za to kawa bajka, to jest taka nagroda pocieszenia w Wietnamie: jak kiepsko z jedzeniem by nie było, to kawa będzie świetna. Na deser dostałem gratisową herbatę jaśminową. Wszystkie przewodniki i poradniki głoszą jasno: zanim siądziesz do jedzenia to ustal cenę posiłku, żeby uniknąć późniejszych nieporozumień. Czy napiwek jest wliczony, a może są opłaty za nakrycie, czy też za klimatyzację. Cholernie chciałbym zobaczyć autorów tych mądrości w ulicznej restauracji w Wietnamie. Z pewną taką nieśmiałością szedłem zapłacić, ale na szczęście trafili się uczciwi, zachwyceni tym, że biały wybrał ich lokal. Za wszystko skasowali mnie 10 tysięcy – niecałe pół euro. Byli zaskakująco sympatyczni, nawet próbowali dowiedzieć się skąd jestem, więc im pokazałem na mapie, niestety nie spotkało się to ze zrozumieniem. Punkt pierwszy: War Remnants Museum, czyli muzeum wojny, wiadomo której (czemuż to nie konfliktu?). Do 1993: muzeum amerykańskich zbrodni wojennych. Motto na zwiedzanie: Kto się lubi, ten się czubi. Patrz: Wietnam. Bilet 15 000, na zewnątrz czołgi, helikoptery, działa, amunicja jakaś. Pierwsza sala, zdjęcia korespondentów. Wietnam to niezła kopalnia World Press Photo, kolejno: 1963 – 11 czerwca, Sajgon, samospalenie. Thich Quang Duc podpala się w proteście przeciwko religijnym represjom rządu Południowego Wietnamu. Malcolm W. Browne miał „szczęście” być przy tym, cztery rolki zdjęć zrobił, gdy mnich płonął żywcem w ciszy. Przypomniało mi się kiedy widziałem to zdjęcie po raz pierwszy – w wieku 15 lat, na okładce rage against the machine. Wtedy oczywiście nie ogarniałem o co chodzi. 1965 – Kyoichi Sawada, wrzesień. Matka i dzieci uciekając przed amerykańskim bombardowaniem przeprawiają się przez rzekę wpław. Mój zwycięzca na zdjęcie z Wietnamu. 1966 – Sawada ponownie, 24 luty. Amerykanie ciągną zwłoki żołnierza Vietcongu za tankietką. Sam autor nie ucieszył się z nagrody, tragizm zdjęcia denerwował go. Tragizm życia dopadł go cztery lata później, zginął podczas pracy w Kambodży. 1967 – Rentmeester, zdjęcia żołnierza w czołgu, zrobione z perspektywy podłogi. Na tle innych to niemal fota z wakacji. 1968 – Eddie Adams i egzekucja na ulicy, żołnierze południa przyprowadzili podejrzanego na róg ulicy. Fotograf był pewien, że będą go przesłuchiwali. Egzekucja bez jednego pytania. Zdjęcie można odnaleźć w klipie Billego Joela do „We didn't start the fire”. Wiele lat później autor nadal nie pozbył się wspomnień związanych ze zdjęciem i nie zamieścił go w swoim studio. 1972 – Ut Cong Huynh, Południowy Wietnam, 8 czerwca. Naga Phan Thi Kim Phuc ucieka z miejsca, gdzie Południowcy omyłkowo zrzucili napalm. Chyba najbardziej znane zdjęcie z epoki. Wszystkie wymienione i wiele więcej znajdują się w muzeum. Dość szybko pogarsza nam się humor. Pod względem powiedzmy propagandowym jest to zrobione genialnie. Cytaty z amerykańskich polityków, konstytucji i Deklaracji Niepodległości zderzone ze zdjęciami masakr wojennych. Największe anty wow robią wszyscy przy zdjęciu żołnierza amerykańskiego z praktycznie samą skórą Wietnamczyka w rękach. Podpis: We hold these truths to be self-evident, that all men are created equal, that they are endowed by their Creator with certain unalienable rights, that among these are Life, Liberty and the pursuit of Happiness. The US Declaration of Independence. Dalej, rzeźba o tytule „Matka”, poskładana z odłamków bomb. Zdjęcia zdeformowanych wskutek działania Agent Orange dzieci. Zdeformowane płody w formalinie. Użyte chemikalia wsiąkły w glebę i powracały w formie toksycznych deszczy. Od 1961 do 1971 wylano łącznie 72 miliony litrów substancji toksycznych na Wietnam, w tym 44 miliony legendarnego Agent Orange. Jakoś tak obstawiam, że mogło tego być więcej. Hugh Warner, ojciec Briana Warnera znanego szerzej jako Marilyn Manson, latał jako jeden z pilotów zrzucających Agent Orange. Potem był strach, czy nic z tego nie przeniosło się na dziecko. Akurat na to dziecko nie, na od 2,1 do 4,8 miliona Wietnamczyków wylało się z nieba, efekty smutne. Kolejny cytat: To initiate a war of aggression is not only an international crime, it is the supreme international crime, differing only from other war crimes in that it contains within itself the accumulated evils of the whole – Trybunał w Norymberdze, przyjęte przez aklamację. Historia Ho Minh Chanha – w ramach przesłuchania amputowano mu na raty nogi, od stóp po uda. Oczywiście My Lai, czyli pomiędzy 347, a 504 ofiar, nierzadko zgwałconych i torturowanych wcześniej. Niektóre ciała z wyciętym C Company w klatce piersiowej. Pierwsza liczba to wersja USA, druga to wietnamska. To jest niemal wzruszające, Amerykanie przeprowadzili śledztwo i podważyli liczby podane przez Wietnamczyków. „Patrzcie, nie jesteśmy tacy źli, tylko 347 osób, nie przesadzajcie, że 504, to wcale nie była taka duża masakra”. Szczególnie wykazał się w niej drugi porucznik Calley, nie mniejszym zapałem wykazał się kapitan Medina, organizator całej rzeźni. Dla tych, którzy nie byli na amerykanistyce: początkowo raporty mówiły o zabiciu 128 komunistów i 22 cywilów, Stars and Stripes z dumą ogłosiło. Nie wszyscy jednak w wojsku byli tacy fajni jak być powinni, nie trzymali sztamy z resztą i nie do końca odnaleźli się w klimatach mordowania ludności cywilnej. Pół roku później 21-letni Tom Glen napisał list do generała Creightona Abramsa, w którym oskarżył armię USA o brutalność wobec ludności Wietnamu. Do prowadzenia śledztwa wybrano osobę, która wykazała się wyjątkowymi kwalifikacjami moralnymi. Mający wówczas 31 lat Colin Powell ocenił stosunki między wojskami, a Wietnamczykami jako doskonałe! Źli i nieżyczliwi mówili potem, że jego zadaniem było wybielenie My Lai. Poszło mu tak jak wiele lat później z Irakiem, czyli kiepsko. Całej sprawie może i dałoby się ukręcić łeb, gdyby nie Ron Ridenhour, były członek kompanii Charlie. Wysłał detale masakry do Nixona, Pentagonu, Departamentu Stanu i wielu członków kongresu. Większość patriotycznie olała doniesienie, ale Morris Udall, demokratyczny kongresmen z Arizony, nie. Niektórym z uczestników postawiono zarzuty. Od 12 listopada 1969 media zaczęły donosić o My Lai. Było trochę procesów, uniewinniono kogo się dało, a gdy już nie było wyboru to Nixon interweniował, żeby wypuścić na wolność, ogólnie nic wielkiego się nikomu nie stało. Nie myślmy jednak, że nie było skruchy i żalu. Już w 2009 roku, 19 sierpnia, Calley powiedział, że mu przykro i to każdego dnia. I feel remorse for the Vietnamese who were killed, for their families, for the American soldiers involved and their families. I am very sorry. Podoba mi się forma bezosobowa who were killed. A who ich killnął? Nieco wcześniej, w 2004, Colin Powell przemówił u Larrego Kinga: I mean, I was in a unit that was responsible for My Lai. I got there after My Lai happened. So, in war, these sorts of horrible things happen every now and again, but they are still to be deplored. Zdjęcia grupy Wietnamczyków z masakry My Lai, na pierwszym planie staruszka. Komentarz autora: zobaczyłem, że mają zamiar ich rozstrzelać. Powiedziałem, żeby poczekali i zrobiłem zdjęcie. Gdy odchodziłem usłyszałem strzały, a kątem oka zobaczyłem osuwające się na ziemię ciała. Kolejne radosne historie wojenne: 25 lutego grupa amerykańskich żołnierzy pod dowództwem Boba Kerrey przyszła do wioski Thanh Phong. Na początek ścięli dziadków, 66 i 62 lata. Potem wyciągnęli z ukrycia trójkę ich wnuków, dwójkę zabili od razu, trzeciego wypatroszyli. Potem zastrzelili piętnastu cywili, w tym trzy ciężarne kobiety. Przeżyła jedna osoba, dwunastoletnia dziewczynka ranna w nogę. Wersja amerykańska (wikipedia jako autorytet naukowy) głosi, że odpowiedzieli na ogień, przeświadczeni o tym, że stamtąd ktoś do nich strzela. Problem, że standardową procedurą dla ich działania było dispose of the people we made contact with. Trochę schrzanili, że dziewczynka się uchowała. W kwietniu 2001 New York Times napisał o incydencie. A Bob Kerrey? Od 1989 do 2001 był senatorem. Fajne jest to, że reprezentantem twojego stanu (Nebraski akurat) jest koleś, który ma na koncie pomyłkowe (jak twierdzi) zmasakrowanie wioski. Mógł na obrady chodzić z medal of honor, który dostał za Wietnam. Sam wyraził ubolewanie nad sytuacją i opowiedział, że cierpi z powodu tego co zrobił (You can never, can never get away from it. It darkens your day. I thought dying for your country was the worst thing that could happen to you, and I don't think it is. I think killing for your country can be a lot worse – przyznam, że niezgorszych stażystów do pisania sobie zatrudnił, bije Powella o trzy długości). Czy do nich strzelano, czy chłopaków poniosło, czy jest mu autentycznie żal, czy też wie, że musi tak powiedzieć, bo idzie to do mediów, to powiedzmy sprawy drugorzędne (mieszkańcy Thanh Phong mogliby mieć na ten temat inne zdanie). „Najlepsze” jest jednak, że za akcję Thanh Phong dostał brązową gwiazdę. Uzasadnienie? The net result of his patrol was 21 Viet Cong killed, two hooches destroyed and two enemy weapons captured. Oczywiście muzeum jedzie także na tonach zwycięskich i propagandzie sukcesu. Only the American imperialists are the losers. All the People of Viet Nam are the winners (General Tran Van Tra, 7 maja 1975) Cytują też wroga: Yet we were wrong, terribly wrong. We owe it to future generations to explain why Robert McNamara, The Tragedy and Lessons of Vietnam Pokazują jakie było podejście przed: My solution to the problem would be to tell them (the North Vietnamese) frankly that they've got to draw in their horns … , or we're going to bomb them back into the Stone Age Curtis Lemay, dowódca strategiczny sił powietrznych, 25 listopada 1965. Niech przemówią cyfry, czyli statystyki uczestników i ofiar, rozpisane na poszczególne lata. W wersji z muzeum: trzy miliony Wietnamczyków zginęło, w tym dwa miliony cywili. W wersji wikipediowej: 1,5 miliona Wietnamczyków Południa, dwa miliony z Północy – cywile sami! USA i sojusznicy: 315 tysięcy zabitych, no ale 220 tysięcy to Wietnamczycy, 30 tysięcy to Laotańczycy. Samych Amerykanów 58 tysięcy. Tak więc fajnie by było, gdyby w filmach o Wietnamie ginął czasem ktoś poza Johnem, Richardem i Georgem. Gdy już opuścimy radosne budynki muzeum na zewnątrz czeka rekonstrukcja czasów kolonialnych. Więzienia, klatki, opisy praktyk, wobec części amerykańskiej to niemal słabo. Cały ten mix wystarcza, żeby wychodzić w nastroju wyjątkowo mało radosnym, spotkałem płaczących Amerykanów. Najdziwniejsze w tym wszystkim, że sami Wietnamczycy wydają się być całkiem pozytywnie nastawieni do USA. Można spokojnie znaleźć naklejki, pamiątki czy koszulki z motywami flagi amerykańskiej. Chyba uznali, że historia historią, ale jednak ekonomia głupcze! Nie można też mieć najmniejszych złudzeń co do poziomu życia ludności, przesadnego dobrobytu nie mają. Samo muzeum... można mówić, że jest propagandowe, że łączenie cytatów z Deklaracji Niepodległości ze zdjęciami masakr to tani chwyt, niemniej tam nie ma cudów i głupot. To się wszystko zdarzyło, to nie są wymysły i antyamerykanizm, tylko tendencyjne przedstawienie faktów. Wysiadają wobec tego wszystkie filmy, przy zdeformowanych płodach w formalinie nawet „Pluton” to wersja na niedzielny obiad. Fajnie byłoby wysłać tam paru naszych polityków, bo tendencje idealizowania USA są nadal dość powszechne, tymczasem Azja Południowo-wschodnia to taki piękny region, gdzie szybciutko możemy pozbyć się złudzeń co do tego, że nasi przyjaciele zza oceanu wyróżniają się pozytywnie na tle światowego ogółu. Interesujące są też kariery wielu uczestników „konfliktu wietnamskiego”, trybunał wydawałby się bardziej na miejscu niż medale i świetlana przyszłość. Właściwie Niemcy mogliby się podnieść: wy tu naszych w Norymberdze wywieszaliście, a swoich to już nie chcecie! No i miło, że nie można mieć większych złudzeń co do spraw bieżących. Za kilka-kilkanaście lat dowiemy się, że nie wszystko było tak jak nam mówili, że jakieś listy się pogubiły, kogoś gdzieś poniosło, jakaś broń zadziałała nie do końca jak zadziałać miała (lata później, a jakby podobnie: uran na Bałkanach – zapewniają, że nic złego, ale jakoś nie chciałbym, żeby mi ktoś detonował go koło głowy, nawet jeżeli w tym czasie przedstawią mi tabele, że to całkiem w porządku. W sprawach wojskowych eksperci mają zbyt częstą tendencję do mylenia się i wypowiadania opinii zgodnych z aktualną linią swojej ojczyzny). Po opuszczeniu muzeum przeszedłem przez targ. Dokonałem inwestycji w skarpetki – moich za wiele mi nie zostało (zagadka: co najczęściej gubią turyście w pralniach?). 25 tysięcy dongów kosztowały, więc pewnie ze trzy razy więcej niż powinny, ale za to jak zapewniała pani: oryginalny Tommy Hillfiger! Zapewniała też, że są bardzo ciepłe. Super, to właśnie przyda mi się przy panujących temperaturach! Sam bazar cudowny, rzuca się w oczy, że oni wszyscy naprawdę noszą stożkowe kapelusze, tak jak w mych wyobrażeniach kształtowanych latami przez filmy zachodnie. Myślałem, że to nieco jaja, przegięcie i stereotyp, ale nie, integralna część życia. Kusiło mnie kupić taki, ale po pierwsze wyglądałbym jak idiota (czyli jak zwykle), po drugie za nic nie dowiózłbym tego do ojczyzny. Chciałem wymienić walutę. Niestety, była godzina 12, a jak szybko odkryłem, od 11:30 do 13 banki mają przerwę w obsługiwaniu petentów. Raczej żeby zabić czas, niż że naprawdę mnie tam ciągnęło, poszedłem do Fine Arts Museum. Monday, closed – znad miski z zupą udzielił mi informacji ochroniarz. Wizja lunchu atakowała zewsząd. Znalazłem buddyjski lokal, 100% wegetariański. Średnio fajne tofu 17, nestea tradycyjne 2. W pierwszej chwili pomyślałem, że drogo, potem przeliczyłem to na euro i poprawił mi się nastrój. Toaleta w kuchni, dość ciekawe rozwiązanie, chyba Sanepid u nich nie jest przesadnie popularny. Otworzyły się banki. Najlepszy kurs oferował jednak sklep jubilerski. Wymieniłem 100 euro po kursie wyższym nawet niż na xe.com i zostałem milionerem, ponad dwa miliony dongów. Wrzuciłem to do plecaka, w portfelu żadnym sposobem by się nie zmieściło i potem w jakimś zacisznym miejscu próbowałem poukładać po książkach. Korzystając z bycia w centrum nacieszyłem się pozostałościami kolonializmu. Katedra Notre Dame (wybudowana w latach 1877-83) sprawia wrażenie kiepskiego francuskiego dowcipu w centrum Sajgonu. Ratusz też nie do końca pasuje, chociaż najciekawszy jest pomnik Ho Chi Minha z dzieckiem. Nie wiem co wszyscy mają tak wyjebane na zdjęcia, pomniki i obrazy z dziećmi. W nagrodę jest poczta, jedna z najśliczniejszych jakie w życiu widziałem. Nakupiłem kartek i znaczków (co ciekawe, zależnie od miejsca zakupu cena znaczków wahała się od 8 do 12 000 dongów). Z ciekawych kartek: materiał wylepiany na papierze. Wiedziałem, że wiele z tego nie przeżyje drogi do Polski, ale wysłane w kopercie dawało pewne szanse, że adresat będzie mógł sobie to potem posklejać i wpatrując się osiągać nowe stany świadomości. W poszukiwaniu takowych udałem się do Reunification Palace. O 10:45 30 kwietnia 1975 czołgi sforsowały bramy budynku, co oznaczało zdobycie Sajgonu. Ku pamięci budynek stoi jak zastany wówczas. Tak głosi oficjalna wersja, ja śmiem wątpić, czy mieli wówczas wielkie popiersia Ho Chi Minha w środku. Śliczne to nie jest, przywodzi na myśl dokonania różnych socjalistycznych artystów. Zabawę poprawiają palmy w donicach na dachu, a także liczne metalowe zdobienia, które ze zdobieniami mają tyle wspólnego, co demokracja socjalistyczna z demokracją. Balkon do przemawiania do tłumów (patrz Hitler we Wrocławiu). Obłąkany modernizm, w oknach jakieś zmutowane tralki których funkcja zdobnicza jest wątpliwa. Niemniej klimat jest, telefony, sprzęty, wypchane zwierzęta. Przede wszystkim zaś dywany – wielkie, czerwone i śliczne, oczywiście nie wolno na nie wchodzić (pewnie po to, żeby pozostały czerwone i śliczne). Jednak najbardziej chodzi o dach. Palmy, jakieś kratki to jedno, ale to przecież TEN dach, z którego Tommy Lee Jones odlatuje w Heaven and Earth. Oglądnąłem kolejny film o wojnie. Dwie produkcje w dwa dni sprawiły, że wiedziałem już bez żadnej wątpliwości: najlepsze co może się człowiekowi przydarzyć w życiu to zapisać się do Vietcongu. Po pierwsze przynależność wiąże się z życiem w permanentnej radości. Vietcong , wygrał wszystkie starcia i bitwy, w jakich brał udział. Jeżeli zostanie się zabitym w starciu to automatycznie przestaje się być wojskowym i zasila konto ofiar (po stronie Północnej ginęli tylko cywile, statystyki wojaków w filmie nie uświadczyłem). Wychodząc z pałacu namierzyłem centrum handlowe Diamond Plaza, które nie obchodziło mnie za wiele, ale było tam też kino! Wjechałem windą (trzynaste piętro...taki film też był), sprawdziłem, że o 18:15 jest The Watchmen i poszedłem na spacer. Przyznam, że mimo kurewskiego ruchu, braku chodników w wielu miejscach i ogólnego jazgotu jest w Sajgonie coś urzekającego. Niestety, nie mam pojęcia co, na pewno nie powietrze, na pewno nie temperatura, ale gdy wspominam spacery to było to całkiem przyjemne i ciekawe. Trzy miliony motocykli, a pewnie o wiele więcej, 5,5 miliona ludzi według Lonely Planet z 2007, 7,1 według wiki, plakaty uliczne z drastycznymi zdjęciami nakłaniające do spokojnej jazdy, które to wszyscy mają gdzieś. Miasto jest wszechogarniające do tego stopnia, że po trzydziestu minutach zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie wywędrowałem. Na mapie tego nie miałem, zresztą oznakowanie ulic to nie jest potęga (chociaż nie ma też dramatu). W końcu skorzystałem z usług jednego z tysiąca panów, który stał ze swoim motorem przy chodniku. Umówiliśmy się na 20 000. Co dziwne, to była jego pierwsza cena. Gdy próbowałem ją zbić, to powiedział, że nie, że to jest normalna cena za ten dystans. Przyznam, że jest duża szansa, że to była prawda, albo bardzo delikatnie zawyżone. Wsiadłem na moją ulubioną kolejkę górską. Nie był bardzo ekstremalny, ale lekki rzut adrenaliny miałem, gdy wpakowaliśmy się na skrzyżowanie przy zmieniającym się na czerwone świetle i rozpoczęli lawirowanie pośród tych, którzy właśnie ruszyli z naszej prawej. Trochę mu się pomyliło i wywiózł mnie za daleko, ale i tak moto taxi to rewelacyjny środek przemieszczania się. Tylko oczywiście nawigowanie na landmarki, opowiadanie im o adresie nie ma żadnego sensu. Kupiłem bilet, z racji gorąca colę, o 18:23 wpadłem na salę i z przerażeniem odkryłem, że już trwa film. Jak to, a gdzie przynajmniej 15 minut reklam? Skąd ci biedni Wietnamczycy będą teraz wiedzieli jaki jogurt kupić, jakim samochodem jeździć, skąd wezmą kredyt??? No i najgorsze: nie wiedzą kto im kupił ten film, bo przecież, że za bilet płacisz to chuj, najczęściej jakaś korporacja zaprasza cię na seans. A tu nic! Siedzę i próbuję zrozumieć ile straciłem (na szczęście niewiele, może ze dwie minuty) i kolejno wchodzą biali. To pokazuje jacy jesteśmy zjebani tym systemem: u nas punktualnie do multiplexu nie ma po co, bo i tak będziesz słuchał pierdół, więc programowo spóźniasz się przynajmniej trochę. Czekam aż wprowadzą patent znany z poprzedniej epoki: kiedyś nie można było wejść po rozpoczęciu Polskiej Kroniki Filmowej – każdy musiał wysłuchać odpowiedniej ilości propagandowych pierdół zanim dane było mu oglądnąć film. Teraz też pakują ludziom propagandowe pierdoły do głowy, na razie jeszcze da się to w miarę ominąć chociaż ryzykowna sprawa, że na film się spóźnisz. Pewnie dożyję dnia, w którym dowiem się, że w trosce o wygodę widzów po oficjalnym rozpoczęciu seansu widzowie nie będą wpuszczani. Potem wszyscy zgodnie krzykną, że to wspaniały pomysł, bo wkurwiające jest jak ktoś spóźniony przedziera się między fotelami i nie pozwala nacieszyć się pokazówką Actimella. Wracając do The Watchmen to gdy 31 grudnia 2009 zostałem zapytany o najlepszy film roku, wymieniłem ten. Jasne, bez wad nie jest, a legendarna już scena miłosna z Cohenem w tle przypomina „Nagą broń”. Tak, niektóre role wołają o pomstę do nieba, ale całościowo wypada to wspaniale. Oglądanie dziecka Snydera w Sajgonie miało dodatkowe walory, niedostępne dla krajów pozawietnamskich. Po scenie, w której doktor Manhattan dezintegruje Wietnamczyków, trzy osoby wyszły. Najdziwniejsze jednak było dla mnie, że co jakiś czas film się zacinał i skakał. Myślałem sobie: kto zmienia taśmy, jakiś praktykant, czy co? Może ktoś tam pijany miota się w kabinie i trąca projektor, a nam tu przeskakuje? Prawda okazała się o wiele banalniejsza: ocenzurowali co nie pasowało, zwłaszcza scenę miłosną. Gdy potem ją uzupełniłem, to przyznam, że to nie taki zły pomysł, żeby ją skrócić, może nawet lepiej wyciąć, chociaż zawsze miło usłyszeć Cohena w kinie. Ostatnie sceny też nie są najmądrzejsze, ale całościowo to i tak rewelacja. Wypadłem z radością i pieśnią na ustach. Zahaczyłem o jakąś restaurację. Zupa rybna okazała się rybą z lekką polewką. Chuj mnie trafiał, bo ilekroć wyjmowałem papierosa to biegł do mnie kelner z ogniem, zaś gdy poprosiłem o popielniczkę, to powiedział mi, że mogę kiepować na podłogę. Mówię, że jednak nie bardzo chyba wypada, ale on, że nie, że mi wolno i się szczerzy. Kurwa, kolonializm jedno, ale wyjaśnić tym ludziom, że biały to nie jest pan i władca na końcu świata to niemal się nie da, byłem cały upieprzony, podarte spodenki, koszulka, dramat raczej niż powód do dumy dla mej rasy. I to nie tak, że jest miły, bo jesteś turystą, tylko wierzy w napiwek. Może nie jestem w tym mistrzem świata, ale jest pewna różnica między służalczością, a miłą i sprawną obsługą, temu się to wyraźnie popierdoliło. Miał tysiące dongów w oczach. Ilekroć miałem trochę mniej piwa to mi dolewał. Panie, ja mogę sam, naprawdę mnie to krępuje. Nie, nie mogę, musi tańczyć i machać ogonem. Domyślam się, że wielu turystów to kręci, mnie nie bardzo. Z premedytacją nie dałem napiwku, widziałem ten żal w oczach. Powrót do domu poszedł niemal tak dobrze jak dzień wcześniej. Niemal, bo cztery razy skręcałem w złą zadupiastą uliczkę i wychodziłem znowu na głównej. Musiałem wracać i znowu kombinować. Gdy trafiłem tam po raz czwarty, to siedzący przed domami mieszkańcy mieli miny, które zwiastowały, że zaraz zadzwonią po policję albo psychiatryk. Nawet niezgorzej się bawiłem, po okolicy zuchwale biegały szczury, lokalni oddawali się kolacjom i życiu socjalnemu, aż w końcu znalazłem swoje lokum i przestałem zakłócać jednym i drugim wieczór. Josh coś tam na necie siedział, pewnie jeszcze zbierał gratulacje i pochwały za laskę nocy poprzedniej. Chciałem być miły i towarzyski, więc z nim posiedziałem, w telewizji idiotyzmy (rzadko kiedy jest co innego), w lodówce piwo Saigon, a na balkonie palarnia. Tego wieczora jednak nie chciał mi już robić laski, więc ustawiłem klimatyzację na maxymalne chłodzenie i poszedłem spać. Za to gdy byłem pod prysznicem to przyłapałem go, że mnie podgląda. Panie, na głowę się leczyć! Chwilę po 8 wybyłem w stronę centrum. Pożegnałem mojego CS przyjaciela. Przyznam, że to jedyna osoba, której nie wystawiłem komentarza. Z jednej strony miło, z drugiej jak uwzględnić specyficzny charakter pobytu w jego lokum? „Jeżeli chcesz, żeby ktoś zrobił ci gałkę w centrum Sajgonu, a potem wrzucił to na Facebooka dla znajomych to lepiej nie mogłeś trafić!”? „Mężczyzna, który nie tylko patrzy!”? Z drugiej strony, żarłem mu orzeszki na kilogramy, piwa nie wiem nawet ile wypiłem, a wszystko to przy wielkim „zapraszam, proszę, częstuj się, moja przyjemność”. Nie miałem nastroju na łażenie z plecakiem, więc chwyciłem mototaryfę. Mówił, że 20 tysięcy. I rzeczywiście, tyle pan sobie krzyknął. Wyrzucił mnie w centrum, z braku lepszych pomysłów poszedłem do zaprzyjaźnionych buddystów. Warto wiedzieć, że buddyzm uważa głód za chorobę i nie przywiązuje wielkiej wagi do jedzenia. Po prostu masz zjeść i żyć, a dobre to nie powinno być, bo nie należy przywiązywać się do ziemskich przyjemności. Na płaszczyźnie ideologicznej chętnie się z tym zgodzę, do tego fajnie, że wszystko jest bez mięsa, ale smakowo znowu nie trafiłem na hit, tylko mdławy posiłek. Gdybym miał stołować się tam dłużej to chyba znienawidziłbym jedzenie i rzeczywiście chodził tylko w momentach krańcowego głodu i wycieńczenia. Kupiłem bilet na autobus do Dalat na 11:15. Skorzystałem z biura Phuon Trang Group – najlepsza cena jaką znalazłem, a gdy poprosiłem o przechowanie plecaka, to pani sama rzuciła się odebrać go ode mnie i nie chciała słyszeć o tym, że „nie no, przecież sam go mogę tam zanieść”. Co jeszcze lepsze, autobus odjeżdżał sprzed ich biura, więc nie musiałem bawić się w poznawanie dworca w Sajgonie. Zapisałem nazwę i obiecałem polecać – dotrzymuję więc obietnicy. Dzięki pobudce o świcie miałem jakieś dwie godziny na wizytę w Air Asia i wyjaśnienie o co mi chodzi, chociaż obawiałem się, że na to i wieczności nie wystarczy. Niestety, do godziny 11 biuro nie było łaskawe się otworzyć, więc ćmiłem leniwie peta za petem przed wejściem. Obserwacje: jak w Laosie fryzjer mógł być burdelem, to tu chyba musi być. Nie znajduję innego wyjaśnienia dla faktu, że o 10 rano siedziało tam pod dziesiątkę młodych dziewczynek, żadna nie robiła sobie fryzury, a mnie bardzo zapraszano. Pojawiło się też dziecię, które bardzo chciało mi wyczyścić buty. Gdyby nie chciało użyć do tego celu płynu do mycia naczyń, to naprawdę mógłbym się zastanowić, a tak zdecydowanie podziękowałem.
Chwilę po 11 przed biuro zajechał
autobus. Wziąłem bety, pożegnałem się i podziękowałem za ich
przypilnowanie. Pierwsze zetknięcie z Wietnamem przeszło moje
najśmielsze oczekiwania. Sajgon, którego wiele osób nienawidzi,
został jednym z moich ulubionych miast azjatyckich. Nie zakochałem
się w Wietnamczykach, ale spotkałem wystarczającą ilość
życzliwości, żeby nie dyszeć żądzą nienawiści do ogółu.
Taksiarsko-dziwkarska upierdliwość w standardzie azjatyckim, co
nastrajało pozytywnie – skoro w tak wielkim mieście da się żyć,
to w pozostałych też powinno być ok. Widząc zakład fryzjerski
zrozumiałem dlaczego Amerykanie przywozili sobie w ramach pamiątek
żony z Wietnamu i że Tajki są absolutnie przereklamowane jeżeli
chodzi o piękności regionu. Zdałem sobie też sprawę, że jest to
naród nie do zajechania, czego by im nie robić, to i tak wyjdą na
swoje, wygrają, przemęczą się, a potem nawet nie przyjdzie im do
głowy, że odwalili coś niesamowitego. Po niewiele ponad dwóch
dniach Wietnam szybował w moich rankingach popularności. ![]() skomentuj (0)
Poziom filmów jakimi jesteśmy uszczęśliwiani leci na łeb, na szyję i na pysk. Jednak nawet w tym zalewie chały, tandety i bzdury takie coś wyglądałoby wyjątkowo idiotycznie, absurdalnie i nieprawdopodobnie. Nie pomaga nawet solidne udokumentowanie wszystkiego odnośnikami do źródeł absolutnie niepodważalnych. Widząc niektóre wpisy, zwłaszcza starsze, autor szeptał niekontrolowanie: ojapierdolę, co za wstyd.
Journal for Plague Lovers Sześć lat i jedną próbę samobójczą później nasz bohater wybiera się na koncert uwielbianego w latach młodości zespołu (part II). Mróz ścina mu krew w żyłach, gdy odkrywa, że jedzie z nim poznana wiele lat wcześniej studentka komparatystyki, która w międzyczasie ewoluowała w absolwentkę komparatystyki, a obecnie robi dynamiczną karierę w czołowej gazecie krajowej. Z właściwą tylko sobie gracją, taktem i wyczuciem, nasz bohater oczarowuje dziewczynkę (ponownie!), teraz chyba nawet kobietę. Okazuje się, że łączy ich tak wiele: pseudointelektualne filmy nikomu nieznanych reżyserów, bełkotliwe książki i hałaśliwa muzyka. Najbardziej łączy ich jednak wrodzona inklinacja do alkoholu, hobby któremu mimo upływowi lat nadal oddają się z prawdziwą pasją i zaangażowaniem. Podczas gorącej dyskusji przy wódce odkrywają, że niegdyś zdarzyło im się stać po różnych stronach barykady w sprawie jednego z kolegów głównego bohatera. Mijają spokojnie kolejne miesiące. Nasz bohater ma ciekawsze rzeczy do roboty (np. wizytę w psychiatryku, koncert Cohena niż uganianie się za zwiewnymi blondynkami. Śledzi jednak poczynania znajomej, komplementuje jej przemyślenia na temat chuci pośród janosikowych góralek i dzieli się swymi przemyśleniami na temat świata. Mając dobre serduszko, zabiera ją do kina na swój ulubiony film, a następnie promienieje mądrością w nędznym barze, gdzie też zabawia ją według najlepszych wzorców towarzyskich. W ramach kucia żelaza póki gorące już w miesiąc później zaprasza ją na imprezę do swego najlepszego kolegi. Dopiero na salonach ona widzi jak wspaniałym człowiekiem los ją uszczęśliwił. Próbuje zwabić go do siebie na noc. Ten jednak błyszczy niczym lampa projektora multimedialnego i odpowiada, że w sumie to za chwilę będzie miał tramwaj i co będzie tam łaził na 20 minut. Ulega jednak jej czarowi i sukience. Nie udaje mu się zdążyć na ten tramwaj. Na następne kilkadziesiąt też nie. Mógłby to być koniec opowieści, bohater popadłby w cykl wizyt u młodej dziennikarki, albo olał ją, ale żal byłoby kończyć tę piękną opowieść tak szybko.
Prąd wszechświata sprawia, że nasza
gwiazda musi wyjechać na ponad dwa miesiące na Bliski Wschód.
Duchowo jednak nie opuszcza swojej "nie-wie-jaki-mają-status-relacji"
i wspiera ją fachowymi radami, ciepłym słowem i jedenastoma
pocztówkami z dalekich krajów. Powraca i zastaje ją czekającą
niczym wierną Penelopę (przynajmniej nie musiała tkać koszuli dla
teścia). Potem jeszcze tylko ona weźmie go na najnudniejszego
Sylwestra w jego życiu, okaże się, że mają odmienne wizje
dalszego ciągu swej relacji, ale ostatecznie padną sobie w ramiona
- przy jej świadomości, że on nie rokuje finansowo i reprezentuje sobą cielesność drugiej kategorii. Spędzają serię idealnych
wieczorów, ona popija chilijskie carmenere, on kalifornijskie
chardonnay (można robić ładną grę świateł na kolorze wina,
także aby ukryć sceny, który gwarantowałaby kategorię wiekową
18, lub nawet 21). Kontrast między bohaterami podkreśla też jego
wegetarianizm, a jej zamiłowanie do krwistych steków i kiełbasy
krakowskiej (to również daje duże pole do popisu dla
operatora).
Ale co kurwa powiedzieć jak to
wszystko się przydarzyło? Historia ta może wyglądać nieco inaczej jeżeli główną gwiazdą zostanie samica. Tak samo jak historię kradzieży nieco inaczej opowiada złodziej, a inaczej ten, którego okradziono.
SIEDEM LAT W TYBECIE ![]() skomentuj (5) "SunnyPsyOp" is a pun and a distortion of the tem "Psychological Operation", which is a technic the army uses in the world to manipulate the information and people. The pun comes from the expression "sunny side up" when you want the yolk of your egg runny.
Wjeżdżających do Sihanoukville wita monument, który pozwala, a nawet zmusza do zmiany definicji gównianego pomnika socjalistycznego. Stoją jacyś partyzanci w kolorystyce dobrej imprezy LSD. Chujowata zieleń, pomarańczowa pochodnia, cokół w barwach narodowych. Trudno oddać poziom dramatu, ale jakie to ma znaczenie, skoro nikogo to nie interesuje, a na szczęście najmniej samych mieszkańców. Dopóki miasto nie zostało uszczęśliwione imieniem króla, zwało się Kompong Som. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że nazwano banalnie na cześć władcy, ale przy głębszej analizie imienia tegoż, odkrywamy cuda. Imię znaczy „szczęki lwa”. Wyjaśnia to dlaczego w centrum stoi wielki pomnik złotych, plastikowych lwów. Niestety, nic nie wyjaśni na jakie problemy z głową cierpiał jego autor. Wybiegłem z autobusu w stronę "łazienki" (tu jest cudzysłów!) - cierpiałem okrutnie, a domyślałem się, że impreza z wydawaniem bagaży będzie trwała i trwała. Wracam wyluzowany, uśmiechnięty, zdobywca świata i plaż Kambodży, a tu autobusu nie ma, co gorsza i mego bagażu. Idę do czegoś, do jakiegoś biurka i pana za nim siedzącego. Okazuje się, że to dyrektor imprezy i na szczęście ma moje bety. Sam nie byłbym taki mądry, żeby to od razu znaleźć, ale od momentu opuszczenia autobusu towarzyszył mi pan na motorze, którzy uparł się, że mnie podwiezie. Chciał mnie zawieźć nawet do kibla, potem z kibla do zawiadowcy ruchu, ale uprosiłem go, żeby tylko mi pokazał, gdzie to. W końcu uznałem, że dam mu nagrodę za wytrwałość – nie zrażał go nawet 70-litrowy bagaż, mój tłusty tyłek i drugi plecak, zapewniał, że bez problemu przewiezie całą trójcę. Powiedziałem, że chcę jechać do hostelu Utopia. Ugadaliśmy się na 1,5$, załadowali i ruszył. On tam chyba siedział od lat i czekał z misją zrobienia na mnie wrażenia. Udało mu się bardzo szybko. Górskie kolejki wysiadają, walił nie wiem ile, ale wbiłem się rękami w uchwyt i miałem nadzieję, że jeżeli się w coś wpierdolimy to zginiemy na miejscu. Zakręty, przechył do asfaltu, przy rondzie z lwami nawet nie zwolniliśmy. Gdyby ktoś jechał tym systemem co my, to dzwon jak nic. Gdy zobaczyłem Utopię to naprawdę była dla mnie Utopia, bo oznaczała koniec jazdy, ale tylko mi się wydawało. Uparł się, że zawiezie mnie do środka. Wjechaliśmy przez wąską bramkę i zahamowali efektownie przed barem, który był zarazem recepcją. Nie mogłem się puścić, dłonie zastygły na uchwycie i dopiero po chwili udało mi się odczepić od kawałka metalu, który zagwarantował mą dalszą egzystencję. Zapłaciłem umówione 1,5$. Spytał grzecznie, czy może dostać coś jeszcze. 800 rieli to chyba nie było to, czego oczekiwał, ale podziękował, ukłonił się i polecił na przyszłość. Jeżeli będę chciał znowu przejść ze trzy ataki serca w pięć minut, to na pewno się zgłoszę. Taka bajka w Azji, nie dość, że normalnie jeżdżą jak popierdoleni, to gdy widzą białego chcą mu pokazać jakimi dobrymi kierowcami są i jeżdżą jeszcze gorzej. Na pewno byłem pod wrażeniem, chociaż raczej takim z katalogu, który nie bardzo lubię mieć. Utopia ma zadatki na Utopię. Nocleg dwa dolary. Nawet nie oglądałem pokoju, domyślałem się co będzie za 2$, jednak rzeczywistość nieco przebiła moje oczekiwania. Garaż zaadaptowany na sypialnię, wstawiono szafki i łóżka, no i jest. Nawet zamontowano kilka lampek, ale większość nie działała. Rzuciłem rzeczy i pognałem na plażę. Sprawa wygląda dość dziwnie: plaży w Sihanoukville jest może kilometr, góra dwa. Absolutnie każdy jej kawałek zajmują knajpy, bary, dyskoteki, restauracje, rzadziej sklepiki. Wszędzie wystawiono leżaki, wszędzie też są tablice reklamujące lokal i liczne promocje jakie ten oferuje. Znalazłem sobie miejsce z Happy Hour, któreż to Happy Hour więcej dnia trwało niż nie, nabyłem piwo za 0,75$ i leżałem zaczytując „Doktora Faustusa”. Przyznam, że gdyby nie Kambodża i brak alternatywy, to chyba bym tego nie przeczytał, albo czytał jakieś pół roku. Chwilami przeglądałem dowcipy z menu, bo już nie mogłem zgłębiać bogactwa myśli Manna. Zgłosiła się pani, który chciała mi wydepilować nogi nitką, zapewniała, że włosy potem nie odrastają. Właśnie to było mi potrzebne. Woda w morzu gorąca, ledwo się da pływać, ale fajne fale, niemało lokalnych, którzy wyraźnie świetnie się bawią. Turystów też niemało, ale bez przegięcia, chociaż nie spodziewałem się tylu Ruskich w Kambodży. Znacznie gorzej bawią się ofiary wojen, ludzie bez rąk lub nóg, którzy żebrzą pośród turystów. Ilekroć ich widziałem, nurtowało mnie: czerwony Khmer, jego ofiara czy ktoś spomiędzy? Trochę strach zostawiać rzeczy bez opieki, więc gdy nie było białego w okolicy wolałem siedzieć przy betach, chociaż pod względem kradzieży, Kambodża jest całkiem fajna – w sensie, że nie słyszałem, żeby kogoś okradziono, niemniej ostrzegają. Hitem oczywiście wyrywanie torebek, okularów, ipodów, aparatów i wszystkiego co chwycić w ręce tylko można. Powrócił motyw znany z Tajlandii, czyli miłość nie zna granic wiekowych, kulturowych językowych. Tym razem bardziej Rosjanie niż Amerykanie i na zdecydowanie mniejszą skalę, ale i tak niedobrze się robi patrząc na pary, które dzieli więcej lat niż trwała u nas komuna. Główny port Kambodży to raczej przyjemna wioska. Poprzez net udało mi się ustalić, że koleżanka z laotańskiego pogranicza, Kamila, też jest w Sihanoukville. Dążyliśmy do tego, ale nie wiedzieliśmy, czy uda nam się spotkać. Napisałem, że będę czekał od 21 do oporu/zgonu w knajpie Utopii. Miałem w tym mały plan: wiedziałem, że jest tam wielki happy hour: piwo po 25 centów. Ciekaw byłem co można dostać za 25 centów, chociaż obawiałem się, że tu przysłowie o ciekawości jako pierwszym kroku do piekła może okazać się aż nadto prawdziwe. Przeglądając lokale i ceny, zdecydowałem się na rybę z frytkami w Utopii. Buda stoi, przed nią stolik, więc myślałem, że podadzą to konwencjonalnie, jakiś talerzyk i sztućce. Ryba złowiona o poranku (jeszcze nie znalazłem nadmorskiego miasteczka, gdzie mieliby inne ryby, ewentualnie w porze śniadaniowej opowiadają, że to ryby z nocnego połowu). Myliłem się, dostałem wszystko zawinięte w papier, ociekające tłuszczem i bez choćby wykałaczki. No nic, łazienkę mam blisko. Pobrałem jeszcze należną mi porcję ketchupu i oddałem się rozkoszom podniebienia. Ledwo skończyłem, wpadłem na Sergio i Edith – Hiszpanów poznanych w Kanchanaburi, spotkanych później w Chiang Mai. Wymieniliśmy informacje i wrażenia. Częstotliwość spotkań tych samych ludzi pokazuje, że wbrew temu, co myślą niewtajemniczeni („ooo, Azja, Kambodża, dziko!”), to wszyscy podróżują mniej więcej tak samo, współcześnie żadne to dzikie lądy. Bierzesz przewodnik i jedziesz, turystyczne destynacje jedna po drugiej. Wiele nie wymyślisz, a jak przesadzisz z kombinowaniem, to co najwyżej zrobisz sobie krzywdę (w sensie finansowym) albo posiedzisz na zadupiu. Zaprosili mnie na piwo, a o 21 ja zaprosiłem ich do Utopii. Nie wierzyli w 25 centów, ja zresztą też nie wierzyłem. Byłem ciekaw, czy Kamila się objawi. No i się objawiła, na tyle wcześnie, że udało nam się całkiem nieźle wykorzystać Happy Hour. Nie chcąc przesadnie zmęczyć się chodzeniem, braliśmy za każdym razem po cztery, dzięki temu nie było też problemu z wydawaniem reszty. O 22 karoca zamieniła się w dynię, 25 w 75 centów, a Utopia w nieatrakcyjny lokal. Udaliśmy się na plażę, po drodze odwiedzając monopolowy. Ciekawostka: whisky Mekong (przeklęta nazwa) kosztowała 2,25$. Cola 2,5$. Uwielbiam, gdy zapoja jest droższa od alkoholu. Znaleźliśmy knajpę Nirvana, która tegoż wieczoru grała The Prodigy. Oczywiście nie wchodziliśmy tam, zasiedliśmy na piasku i rozpoczęli degustację whisky z colą. Szło świetnie, ale walnął deszcz i to nie jakaś mżawka, ale ściana wody i błyskawice. Znaleźliśmy gazebo i przenieśli się tam. Nie byliśmy jedynymi, którzy wpadli na ten pomysł, wszyscy bezdomni i żebrzący z plaży również tam pospieszyli. Ucieszyli się gdy nas zobaczyli, ale byli już po godzinach pracy i tylko jeden nieśmiało poprosił o papierosa. Każdy zajął lepsze lub gorsze miejsce, oni położyli się i próbowali spać przy Smack My Bitch Up, my powróciliśmy do rozmowy i zaprzyjaźniania Mekongu. Kamila wcześniej przerobiła Kep – mieścinę, która miała być super spokojnym zadupiem, alternatywą dla turystycznego Sihanoukville. Okazało się być zadupiem, gdzie nie ma plaży. Kolejne miasto wybrzeża, Kampot, też jej się nie spodobało. Skorzystałem z jej wycieczki, bo informowała mnie na bieżąco o postępach w podboju kambodżańskich plaż, więc wiedziałem, że nie ma po co się tam pchać. Zmaterializowała się przed nami mała dziewczynka, tak powiedzmy z pięć lat może. Widzieliśmy, że jej tatuś śpi w pobliskiej łódce, a ona usiadła i gapiła się w naszą colę. Mieliśmy zapasowe kubki, więc jej polaliśmy. Wypiła łapczywie, znowu jej polaliśmy. Kusiło dać Mekong, ale jakoś się powstrzymaliśmy. Po drugim kubku poszła spać do tatusia. Radosne dzieciństwo z rodzicielem na plaży. Po zakończeniu przygody z Mekongiem, w okolicach 3, Kamila poszła do siebie, a ja do Utopii. Brak światła i komplikacje związane ze stanem, który występuje na kilka godzin przed kacem nieco utrudniały znalezienie swojej pryczy, ale że pełno nie było, położyłem się gdzieś, gdzie akurat nikt nie spał. Gdy zwalczyłem pewne niedogodności związane ze spożytym wcześniejszego wieczoru alkoholem, przeprowadziłem się do Kamili. Nieco przepłacałem, tu cena za pokój wynosiła 3$, ale trochę przyjemniej mieszka się we dwójkę i z własną łazienką niż w garażu. Oczywiście mieliśmy telewizor, najważniejszy element wyposażenia pokoju. To jest nawet trochę edukacyjne, pokazuje jaki jest poziom ogółu ludności (chociaż nie chciałbym, żeby po godzinie oglądania TVNu ktoś wyciągał wnioski, co do poziomu moich rodaków, niemniej skoro 62% nie przeczytało nic w zeszłym roku, to coś w tym jest). Cambo TV brzmiało zachęcająco. Trafiliśmy na – niespodzianka – muzykę. Klip opowiadał dramatyczną historię pani, która przyjechała do dużego miasta i nieszczęśliwie się zakochała. Widzi chłopa z inną, łzy glicerynowe. Czy walczy, pokazuje, że jest lepsza od tamtej pipy i zdobywa samca? Nie, wraca do rodzinnej wioski, czyli do patyków na obrzeżach dżungli. Finałowe sceny i widać, że odnalazła szczęście! Ponieważ większość występu ma na sobie tradycyjny strój khmerski (ale niestety nie pawia) to wszystko wygląda jeszcze ze dwa razy bardziej kuriozalnie. Byliśmy umówieni z Hiszpanami na wspólną wyprawę na Otres Beach. Cztery kilometry, ale Sergio zadeklarował, że pożyczy skuter i zawiezie nas. Jednym rzutem się nie dało, więc najpierw zawiózł dziewczyny, a ja poczekałem z naszymi wszystkimi betami – tym samym zwiększałem szanse, że mnie tam nie zostawi. Źle nie jechał, ale wobec pana z dnia wcześniej był nikim. Nie przeciął żadnego ronda na pełnej prędkości, nie kładł nas w zakrętach, nie obił mi przyrodzenia wpieprzając się w dziury. Plaża właściwie bajka, tylko znowu, woda o temperaturze zupy. Za to wyludnione, infrastruktury mniej, chociaż w zasięgu wzroku coś tam z wodą i papierosami było. Kamila poszła szukać legendarnego wśród Polaków baru „U Moniki”. Rodaczka o tymże imieniu porzuciła piękne życie na zachodzie, aby prowadzić lokal w Kambodży. Też miałem iść, ale w końcu się nie zebrałem, niemniej pomysł świetny. Pod warunkiem, że co jakiś czas nie ma się potrzeby iść na koncert, albo móc kupić sensowne książki. Dzień nie należał do bardzo ciężkich, leżenie pod drzewem, pływanie, rozmowy na tematy wszelakie, jointy. Popołudniu na dwie raty zebraliśmy się do centrum. Sihanoukville wygląda na wymarły kurort. Wszyscy chcieli wskoczyć na wózek turystyczny i przekombinowali. Restauracji więcej niż turystów, ceny nieco wyższe niż w Phnom Penh, ale można znaleźć dobre rzeczy za stosunkowo niewiele. Tego dnia padło na amok za 3$, ale w porównaniu z poprzednimi, to nie był hit. Kolejne podejście do Happy Hour zakończyło się porażką i przemyśleniami, czy to aby na pewno jest piwo. Gdy stałem w kolejce po następne piwo locals poprosił mnie o ogień. Nie miałem przy sobie, polazłem do stolika i przyniosłem mu. W tym czasie dostał od kogoś innego, więc zdawało się, że cały wysiłek, cała ciężka praca, wszystko było chuja warte, ale okazało się, że nie. Pan widząc mnie z ogniem w oczach (duchowym, nie zapalniczkowym) poinformował: you are good man, you are mostly welcomed in Cambodia i uścisnął mą dłoń. Od tuktukowca kupiliśmy jointa na plażę. Ciekawostka seksistowska: Kamila chciała sobie sama kupić, ale facet uparł się gadać ze mną. Próbowaliśmy, walczyliśmy, ale nie, ją traktował jak powietrze, za to ze mną bardzo chciał ubić interes (ała). Jak zrelacjonowano: jaranie takie sobie, delikatne i wybitnie naturalne, nic ciekawego dla europejskiego organizmu. Jak relacjonuję: whisky Mekong nadal całkiem nadawała się do rozwiązywania problemów z kategorii bezsenności. Kolejny dzień – patrz wcześniejsze, czyli plaża. Z ciekawostek: znaleziony w knajpie happy shake okazał się taki sobie. Tani nie był, napakowany niby ziołem po brzegi, zgrzytało aż w zębach, ale z fazy to tyle, że poszliśmy spać. Chwila przed tv i kolejne odkrycia: istnieje kambodżańska wersja „Idola”, ale nie wiemy kto wygrał, również nie było nam dane ustalić, czy ich jury jest równie błyskotliwe jak nasze. Ciekawe jest postrzeganie białych ludzi: ponieważ musiałem iść wymienić walutę do banku, rozdzieliliśmy się. Zanim się znaleźliśmy byłem w zaprzyjaźnionym lokalu. Pytali co z moją girlfriend. Coś tam odbełkotałem. Potem ona dostała newsa, że boyfriend już był. Przynajmniej trochę zabawnie jest, bo reszta nie rozkręca imprezy. Wielkie zaskoczenie: Top Hat cinema. Trzy seanse dziennie, ale można dopłacić więcej, dostać osobną salę na kilka osób i wybrać z ponad 200 filmów. Standard, akurat The Wrestler i Gran Torino były na topie. Kino oczywiście w standardzie dużego telewizora. Z okazji piątku, happy hour w Utopii rozciągnięto od 21 do 23. Nie pomogło, było dramatycznie nudno i nędznie. Sihanoukville wygląda jak miejsce, gdzie impreza będzie wspaniała, tylko żeby ktoś łaskawie na nią przyszedł. Niestety nikt nie przychodzi, więc wygląda to jak żebracze starania o dobrą zabawę, które mogą skończyć się tylko porażką. Nawet nie chciało nam się iść męczyć na plażę.
Z Sihanoukville wydostać się można chyba tylko do Phnom Penh. Z moich obserwacji, wszystkie autobusy jadą właśnie tam i dopiero w stolicy można zafundować sobie zmianę busa na jakiś inny. Kupno biletu w plażowej stolicy kraju to finansowe samobójstwo, wszystko kosztuje n-razy więcej. Należy jechać do Phnom Penh i tam dopiero coś łapać. Pytanie podstawowe: o której to będzie? Wybyliśmy niemal o brzasku, 7:15. Z każdym kilometrem łzy bardziej wdzierały się pod nasze powieki: Kamila jechała do Tajlandii, ja do Wietnamu. W stolicy pożegnaliśmy się, a mnie ogarnęło „ojapierdolę” do potęgi. Nie wiem czy jest jakaś teoria ekonomiczna, która może wyjaśnić dlaczego bilet do Sajgonu u pana w dzielnicy turystycznej kosztował 8 dolarów, natomiast na dworcu kosztuje dolarów 10! Gdzie jest Budda, tego nie wiem. Nie miałem jednak melodii na łażenie pół miasta dla dwóch dolarów. Z głodu jeszcze nikt się nie zesrał, ale miło było o 12:30 coś w końcu zjeść. Autochtoni na dworcu się rozmnożyli. Kup pan gazetę (skoro jeszcze mamy stare, to po co przynosić nowe?), jedź pan tuktukiem (do Sajgonu?), idź pan na dziwki (daleko chyba nie jest). A może wy wszyscy idźcie w kurwę. Tego dnia byli tak upierdliwi, że musiałem schronić się w autobusie, bo nie dało się ich pozbyć. Przeżyłem jednak szok: gdy kupowałem bilet, to wysypały mi się z portfela pierdoły – kwitki jakieś, ulotki, stare bilety, najważniejsze z tego to zdjęcia paszportowe. Po dobrych kilku minutach przychodzi do mnie taksiarz, że znalazł to i że to chyba moje. Byłem pod wrażeniem, nic warte to nie było, ale odszedłem już kawałek od kasy, a ten zadał sobie trud odnalezienia mnie. Chwilę wcześniej za ostatnie riele kupiłem wodę mineralną, z dolarów najmniejszy nominał jaki miałem to piątal, więc nie bardzo chciałem mu go dawać. Chyba nawet nie oczekiwał niczego, dostał tylko ndziesięciąt thank you very much! Pierdolnąłem się w autobusie. Gdy planowałem wycieczkę, Wietnam jawił mi się jako jedno z najciekawszych miejsc. Po Kambodży wprost nie mogłem się doczekać. Miałem wyrzuty sumienia, że cały kraj odwaliłem w zaledwie jedenaście dni, z czego niemało przypadło na plażowanie. Battambang pozostało owiane mgłą tajemnicy. Gdy teraz o tym myślę...wizę miałem ważną jeszcze bardzo długo, mogłem bezboleśnie jechać, ale nie chciało mi się. Atrakcje turystyczne: zero. W Azji byłem już prawie dwa miesiące. Po prostu nie widziałem w tym sensu, przyznam, że bardzo żałuję, bo pewnie spotkałoby mnie tam coś durnego. Tak pozostało liczyć na idiotyzmy Wietnamu. Na szczęście moje oczekiwania zostały spełnione już w Sajgonie. ![]() skomentuj (0) Pojechaliśmy na obiad. Tuktukowiec zdobył nasze serca opowieścią o tym, że musi jeździć w kasku chociaż gorąco, bo w zeszłym tygodniu zatrzymała go policja i dostał dwa dolary mandatu. No, to dojebali mu, nawet na ich realia, to nie bardzo dużo. Zabrał nas do lokalu pełnego much. Uprosił dla mnie o opcję bez mięsa. Gdy zamówiliśmy cole, właściciel pobiegł gdzieś i po chwili nam przyniósł. Pewnym minusem była ilość wspomnianych much, które to obsiadały wszystko, głównie jedzenie i nas. Porzucając myśli o higienie żywienia, odgoniliśmy owady, zjedli co dali i okazało się być świetne. W trakcie posiłku dobiegły nas odgłosy strzałów z pistoletu. My posrani, właściciel spokojnie wyszedł na drogę, coś z kimś pogadał.
- A, policja do kogoś strzelała, na szczęście nic się nie stało. Tak, dzień jak co dzień. Potem dogadaliśwymy się: nas zawiezie do ambasady Wietnamu, żebyśmy odebrali paszporty, oczywiście z wizami. Mario i Grey mieli w tym mniejszy interes, więc w czasie, gdy my będziemy bawić się po pachy w placówce eksterytorialnej Socjalistycznej Republiki Wietnamu, oni pojadą zwiedzać Srebrną Pagodę. Była 15:40, ambasada czynna jest do 16:30, postanowiliśmy zobaczyć co u braci Wietnamczyków. Nie wpuścili nas, kazali wrócić o 16:30 - Panie, o 16:30 to zamykacie! - 16:30! Poszliśmy pozwiedzać okolicę. Nie wyszliśmy na tym źle, znaleźliśmy opuszczone wesołe miasteczko, dewastacja ciężka, Big Fish w wersji azjatyckiej, rybę zżerają, ojciec dostaje kijem w potylicę, syn kończy w obozie pracy. Obok syfny, depresyjny targ...rzeczywiście, syfu i depresji nam ostatnio zdecydowanie brakowało. Wróciliśmy do punktu wyjścia. O 16:10 wpuścili nas. W środku już niezłe stado turystów, wszyscy oczywiście po wizy. Jak się wymyśla idiotyzm – wizę można dostać tylko w ambasadzie, broń Ho Chi Minhie na granicy – to są kolejki, takie odwieczne prawa natury. Weszliśmy do środka (na krzyyywyyy ryyyj), ale nasza sytuacja nie uległa większej poprawie. Widzieliśmy, że tony paszportów leżą na biurku pana. Aha, czyli wizy wbite (nieznane są przypadki niedostania wizy wietnamskiej), więc teraz tylko odebrać. - Czy mogę prosić ten pogięty paszport z orzełkiem na okładce? A mój kolega chce tamten i już nas nie będzie... - Chuja, siadajcie i czekajcie do 16:30! - Ale panie, ja tam widzę moje polskie cudo, dajcie towarzyszu, jednego mniej będzie - Nie-ee-e, 16:30! Siedzimy, czekamy. Punktualnie o 16:30 otwarto okienko i wyrzucono wszystkie paszporty na kontuar. Bez żadnego ładu, składu, pomysłu, po prostu rzut w dal setką paszportów, reprezentant Socjalistycznej Republiki Wietnamu uzyskał wynik TRZYDZIESTU CENTYMETRÓW! Następnie drużyna reszty świata zbierała, co on w swej mądrości rozjebał. Zawodnik z Polski uzyskał wynik w pierwszej dziesiątce – opłaca się mieć dziwną okładkę paszportu i być jedynym Polakiem w okolicy. Na twarzy pana było wypisane uczucie wielkiego tryumfu. „Ach, nie ma to jak upokorzyć stado turystów, którzy postanowili odwiedzić moją ojczyznę!” - mówiło jego spojrzenie. Mówiło też, że ma strasznie małego ptaka. Steve, jako jeden z kohorty Brytoli dość długo szukał swego paszportu. Groteska na całego: „Mam tu Johna z Dover, JOHN? A tu twoje, masz!” Z drugiej strony krzyczy ktoś: „Adam, Adam z Wyoming, mam paszport Adama z Wyoming!” W końcu i Steve dostał swój dokument uprawniający do przekraczania granic (ważny na wszystkie kraje świata, nieważny na dziecko) i mogliśmy opuścić gościnny gmach ambasady Wietnamu. Jeszcze przed tym miała miejsce kolejna groteska (tego również nam brakowało, tak jak depresji i syfu): ktoś postanowił zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie - jakby nie było niczego lepszego do wspominania. Poszło z flashem, urzędnicy się wkurwili, jeden wybiegł do postpetenta i krzyczy - NO PHOTO, NO PHOTO!!! Nie wiem czy ten był idiotą, czy też postanowił błysnąć: - Jak to „no photo”? Przecież rano załączyłem dwa zdjęcia do wniosku! I spokojnie, nie niepokojony przez nikogo, wyszedł. Nasi już czekali. Silver Pagoda okazała się kosztować sześć dolca, więc nie weszli. Byliśmy odwożeni do miejsca rozpoczęcia wycieczki. Zastanawiało nas ile więcej będziemy musieli zapłacić, cała operacja z obiadem, ambasadą i pagodą nie była rano uzgadniana. Jeszcze zanim dotarliśmy do celu, zdobyłem względy pani w wieku, który u nas kwalifikowałby ją na emeryturę. Stoimy na światłach, ona obok nas i pokazuje na mnie, że super, że mam brodę i że jestem wspaniały. Szczerze to nie wiem jak to przekazać na migi, ale jej poszło świetnie, gładziła się po twarzy, wskazywała na moją i wysyłała całusy. Mówię jej, że wiem, że wyglądam jak jaskiniowiec, a ta atak śmiechu i pojechała. Wysiadamy. No to ile? Niestety, nie zapisałem sobie ile, ale dokładnie tyle, na ile umówiliśmy się rano. Mówimy, że nie, przecież było więcej jeżdżenia niż początkowo ustalone. On, że nie ma sprawy. Szybka wymiana poglądów skończyła się tym, że dostał dwa dolary napiwku i pytanie czy nie za mało. Zachwycony. Mówimy, żeby był tu za dwie godziny to nas zawiezie do knajpy, poczeka na nas i odwiezie do domu i dostanie drugie tyle. On, że dziękuje, ale chce spędzić wieczór z rodziną. Nie wierzyliśmy. Chyba następne 10 minut rozmawialiśmy o tym. Ważniejsze jest dla niego spotkanie żony, dzieci, niż wożenie turystów za całkiem dobrą kasę. To już nawet nie tyle, że w Azji niespotykane, to i w Europie raczej się nie zdarza. Gdyby nas mógł zrozumieć, to dowiedziałby się, że od bardzo dawna nikt nie wzbudził w nas takiego podziwu i szacunku i że głupio nam, że proponowaliśmy. Zwycięskiego składu się nie zmienia, więc znowu poszliśmy do Hindusa na wielkie żarcie za 2$. Potem przejechaliśmy do imprezowej części miasta. Jakieś lokale z przewodnika, bo drugi raz takiego szczęścia, jeżeli chodzi o taksiarzy, mieć nie można. Podejście pierwsze, Leo's Bar. Ochroniarz rozważał chyba wsadzenie nam rąk do dupy i nie mógł uwierzyć, że nie przynieśliśmy broni. Wskazywał na znak „zakaz wnoszenia broni palnej” i mówił, że mamy zostawić naszą. Gdy przedostaliśmy się przez door selection, okazało się, że w środku nie ma nikogo, nic się nie dzieje i ogólnie nie ma po co tam w ogóle wchodzić. Odebrałem aparat z szatni (tego też nie można wnosić, pewnie „Bodyguard” ostatnio oglądali) i pojechaliśmy dalej. Drugi lokal, ten miał być rockowy. Może i był, ale zaraz po wejściu okazało się, że jesteśmy jedynymi klientami. Zespół ucieszył się widząc nas, ale trochę jednak głupio, żeby liczba widzów koncertu przewyższała liczbę osób na scenie, wyszliśmy. Niemniej gdyby nabić to miejsce ludźmi, to jest duża szansa, że byłoby całkiem fajnie. Zaczęliśmy zastanawiać się i porównywać sytuację z ojczyznami: czy we wtorek w marcu (dokładnie: 17-ego marca) można znaleźć dobre miejsca do najebania się. Steve jako reprezentant Birmingham powiedział, że ciężko, ale się da. Mario powiedział, że w Porto spokojnie. Grey powiedział, że przecież nie ma czasu po pracy. Ja powiedziałem, że jestem Polakiem z Krakowa i więcej mówić nie musiałem. Postulowałem flaszkę i plener – zetnie koszta, a efekt ostateczny będzie ten sam, obędzie się bez gadania z lokalnymi - ale oni jednak woleli lokal. W zasięgu wzroku był Dream Bar i Queen Bar. Drugi brzmiał wybitnie jak burdel, pierwszy jak na 96,3% burdel. Burdel interesował nas mniej, więc wybraliśmy Dream Bar.
RZECZ
O MYCH SMUTNYCH KURWACH. Albo: tu są tysiące bardzo, bardzo smutnych dziwek. I one wszystkie się śmieją. Wejście, arktyka. Klimatyzacja włączona i hula. Ledwo obsługa nas zobaczyła, mieliśmy miejsca. Przynajmniej są jacyś ludzie. Szkoda, że starzy biali, a żółci młodzi. Od razu dołączyły do nas cztery dziewczynki. Aha, czyli burdel. -Co chcemy? -A co po ile? -Ach, ale co chcecie? -Nie, nie, nie, ja się na ten numer nie nabiorę, na pewno nabierzecie mnie na jakiś inny, ale nie na ten! Piwo po 1,5 dolca i to 0,3 ml. Ech, mogło być gorzej, ale dobra, po jednym. Dziewczynki zaczynają z nami rozmowę. Angielski komunikacyjny, czyli skąd jesteś, jak ci na imię, me love you long time w jakiejś bardziej wysublimowanej wersji. O dziwo, w środku nie wolno palić, więc co jakiś czas wychodziłem i stałem pod baldachimem flag świata ćmiąc spokojnie. Raz nawet wykazałem się wiedzą i poinformowałem Niemca, że to co bierze za flagę Unii Europejskiej, to Laos. Prawdziwa akcja jednak miała miejsce przy stoliku. Z ogniem w oczach zaczął Mario, wiadomo, południowiec, wino, kobiety i śpiew. Wygrał najwyższą, ale chyba najmniej zainteresowaną tzw. akcją. Ja wygrałem niemą, która podobno jest wspaniała, tylko niestety słabo mówi po angielsku. Czytaj: w ogóle. Grey nie wykazywał zainteresowania swoją, dał jej total ignore. Ta w zamian dała mu spokój. W tej loterii Steve dostał najbardziej rozgarniętą językowo. Były tylko trzy, szybko stało się dla mnie jasne, że miłość życia muszę dzielić ze Stevem. Siedzieliśmy blisko siebie, więc bez problemu dołączyłem do nich. Zaczęło się jak zwykły zaczynać się wszystkie katastrofy, czyli całkiem przyjemnie. Prawiła nam jacy fajni jesteśmy. Gdy dowiedziała się, że mam w planach jechać do Sihanoukville, to chciała jechać ze mną. Gdy dowiedziała się, że Steve jest z UK, to chciała wyjść za niego. Atmosfera byłaby naprawdę romantyczna, gdyby się nie przedstawiła. Okazało się, że ma na imię SRAJMON, co wywołało u mnie z trudem hamowaną radość. Dość szybko pojęła, że nie jesteśmy klientami marzeń i że nie wydamy fortuny na nią, ani nawet na jej koleżanki. Powiedziała, że ma pseudonim Bunny i zapewne obawiając się, że nie wiemy co to za zwierzę, zaczęła udawać królika (trudno opisać, ale może tak: palce wskazujące za uszy, rytmicznie przesuwane w górę i dół, podrzucanie tyłka i powtarzanie „hop-hop”). Potem dobyła komórki i pokazała nam namiętne smsy od – podobno – Kanadyjczyka, który nazywał ją rabbit (Rabbit, where'd you put the keys, girl?). Ich związek był już zaawansowany, obiecał jej, że zabierze ją do Kanady, gdzie pracował jako policjant. Wymieniliśmy spojrzenia. Jeżeli spojrzenia mogą wyrażać „a, nagadał jej bajek, wydymał, spuścił z kija, że lepiej nie trzeba, a ta go w życiu więcej na oczy nie zobaczy” to nasze to wyrażały. To chyba była gra na uwodzenie mężatki/potencjalnej mężatki. Steve poszedł do sracza, a ta przysunęła się do mnie. Swobodnym ruchem objęła mnie, a jej ręka rozpoczęła powolną wędrówkę po mych muskularnych plecach. Po dziesięciu centymetrach, powstrzymując torsje, wielka wyprawa się skończyła. - Ale co to, jak to? Masz brudną koszulkę. Nie miałem nic ciekawszego do powiedzenia niż: - Spędziłem dzień na poznawaniu historii twojego kraju, doceń to! A koszulka górna półka, NIN forum Polska! Steve wrócił akurat w momencie, gdy krytykowała mój poziom higieny. Z uśmiechem na ustach i ogniem w oczach rzucił się do niej: - Ach, nie chcesz spoconego, owłosionego, kanadyjskiego drwala? - Polskiego! - Co to „Polska”? - Niemcy kojarzysz? - Tak. - Rosję, niegdyś Związek Radziecki? - Tak. - To takie małe pomiędzy. Taka Kambodża Europy. Rozpoczęła badanie Steve'a. Z odrazą zakomunikowała, że ten też cuchnie i że koszmar, chociaż nieco mniejszy niż ja, niemniej: jak mogliśmy przyjść tacy ujebani? - Tori słuchaliśmy, gadaliśmy o Pol Pocie, jakoś wyszło, że się nie umyliśmy. Poza tym my tu i tak jesteśmy 90% czasu spoceni jak szlag, więc musielibyśmy przebierać się co dwadzieścia minut. Steve dorzucił: - Zapomnieliśmy zabrać naszych specjalnych koszulek na prostytutki, już po nie idziemy! Na szczęście nie zrozumiała, ja miałem chwilę skrywanej radości. Dostaliśmy darmowe orzeszki do piwa. Że darmowe, to wiedzieliśmy dzięki Greyowi, który niemal nakrzyczał na kelnerkę, że czemu przynosi coś, czego nikt nie zamawiał i ile to kosztuje. A dobrze mieć takiego na stanie, zada pytania, które cię nurtują, ale ci głupio. Orzeszki nie służyły bynajmniej do jedzenia, były do karmienia nas przez nie. Co chwilę brała garść i pakowała to jednemu, to drugiemu do gardła. Rękę do migdałków niemal wsadzała, palcami głaskała usta, cyrk na całego. Nigdy nie sądziłem, że jedzenie orzeszków stanie się najbardziej erotycznym doznaniem mego życia. I nawet jak próbowaliśmy wyjaśnić, że nie, już nie chcemy, to ona nas dalej karmiła. Problem rozwiązaliśmy sami, gdy karmiła jednego, to drugi wpierdalał garściami. Szybko zniknęły. Potem zaczęło robić się dennie. Pomogliśmy jej zredagować miłosnego smsa do jakiegoś Brytyjczyka, który obiecał, że za nią wyjdzie. Kanadyjski policjant zszedł na plan dalszy, nie wgłębialiśmy się, czy może jest mormonką i wierzy w wielożeństwo. Dowiedzieliśmy, że to nie tyle burdel, co wyłudzarnia – dziewczynki cię zabawiają, a ty im kupujesz drinki. Widziała i wiedziała, że z nas wielkiego pożytku nie będzie więc powiedziała, że mają przykazane życzyć sobie tego co najdroższe. Cała taktyka: bierzesz piwo za 1,5$. Ona prosi o sok pomarańczowy. Mając nawyki zachodnie, myślisz sobie, że skoro piwo tyle, to sok też coś koło tego. No a tu 3$. Gdy chcesz im kupować alkohol i nalegasz to mają przykazane życzyć sobie najdroższych drinków. Gdy zapłaciliśmy (3$ za dwa piwa, jak na Kambodżę to niemało) to ona dostała kupony dla siebie. Powiedziała, że my słabo, to ma z nas tylko dwa, ale może je wymienić na coś tam do picia – gdy siedzi i czeka na kolejnych klientów. Mario walczył ze swoją, która chyba była żoną Lota. Dramatycznie zły materiał na panienkę do towarzystwa, on gada, ta cisza. Sprawę załatwiło: - Podoba ci się tu? - Lata mi to wszystko. - Czego byś chciała? - Żeby klienci sobie poszli, to wtedy ja też będę mogła, bo w domu na mnie dziecko czeka. Jak to usłyszeliśmy to wymyśliliśmy sobie: co one na to, że wyjdą z nami, niby na dupczenie, a gdy tylko znikniemy za rogiem, to tamta pójdzie do dzieciaka, a my wspólnie już tamtą zasponsorujemy w jakimś lokalu z ludzkimi cenami. Niestety, nie mogą wyjść, straciłyby pracę. Czyli pewnie dupczenie na górze, albo już musisz porządnie (czytaj: okolice dziesięciu, może nawet dwudziestu dolca) zainwestować, to wtedy je puszczą. Na odchodne Bunny/Rabbit nas przytuliła (ze źle ukrywanym obrzydzeniem) i powiedziała, że słabo się umiemy zachować, bo jej nic nie kupiliśmy. Kusiło powiedzieć, że może nic nie kupiliśmy, ale też nie wydupczyli i nie nagadali bajek o Kanadzie. Nie było może tłoku, ale gdy wychodziliśmy to przyszli inni chłopcy. Ciekawe czy z nimi jej lepiej poszło. Najlepszą inwestycją jednak byli wiekowi biali: koleś na oko pod pięćdziesiątkę i nagle w centrum Phnom Penh przeżywa drugą młodość, piwo za piwem, ogień w oczach, flet poprzeczny w gaciach. Przydało się łażenie na papierosa. Jedna taka para siedziała na zewnątrz, inne zgrupowanie (dwóch panów, trzy panie) mijałem wracając do stolika. Naprzeciwko siedzi przynajmniej o połowę młodsza Azjatka. Trzepocze rzęsami, gdy trzeba to się śmieje, a gdy sama próbuje coś powiedzieć, to niewiele można zrozumieć. Trochę to nawet śmieszne, chociaż tak naprawdę smutne. Kusiło podejść i zapytać: przepraszam, ma pan może córeczkę? Któryś pewnie by miał i to pewnie mniej więcej w wieku swojej towarzyszki wieczoru. Ciekawe czy chciałby, żeby do niej podwalał się dwa razy starszy Azjata, a ona byłaby w sytuacji, w której danie dupy za dwadzieścia dolarów byłoby bardzo atrakcyjną opcją. I jak bardzo by mu się to podobało? Lata mi prostytucja w Europie, najlepiej byłoby zalegalizować cały interes, ale ze względu na nasze wysokie wartości moralne (Polska jest krajem katolickim przecież, inni też znajdują wiele przeszkód, żeby nie wjebać się w drogę organizacjom pozarządowym zwanym popularnie mafiami, czy przynajmniej sutenerami) tego nie zrobimy. Tyle, że u nas jest to zazwyczaj interes między ludźmi, którzy dość dobrze się rozumieją. Kasa dla pani też zazwyczaj jest, powiedzmy, uczciwa, a i różnice wiekowe wydają się mniej drastyczne. Jakimże to rarytasem są kraje Azji Południowo-wschodniej, gdzie można szaleć na całego! I to w jakich cenach! Do tego klimaty, które niepokojąco często przewijają się: tu oferowali dziewczynkę, potem dziecko, a tam chłopca. Oni sobie tego nie wymyślają sami z siebie, zaobserwowali na czym można zarobić i czego biali szukają, więc rozkręcił się biznes, który idzie cudownie. Co znalazłem: wiele z nich to import z Wietnamu. Za dziewicę właściciel burdelu płaci 350-450$. Nierzadko biorą dzieci z wiosek i wmawiają rodzinom, że latorośl będzie kelnerkami. Około 35% z 55000 prostytutek w Kambodży nie jest pełnoletnia. Początkowo nierzadko korzystają z nich policjanci, prominenci i biznesmeni. Jak już wypierdolą poza swoje standardy, to idzie dla plebsu. Tyle Wikipedia, zaś Children of Cambodia mówi, że w Kambodży pracuje prawdopodobnie od 80 do 100 tysięcy prostytutek. Z tego 30% to niepełnoletnie. Mniej więcej 1/3 ma HIV/AIDS. Odkąd w Tajlandii zaczęto nieco walczyć z prostytucją (ale raczej bez przesady), Kambodża stała się destynacją numer jeden dla poszukiwaczy dzieci. Tu pojawia się cena 150$ za dziecko, ale podobno rozrzut jest od 50 do 3000$. Te nasze to nie była ta kategoria, ale nie byłbym bardzo zdziwiony, gdyby przez nią przeszły. Jest jeszcze Svay Pak – wioska 11 kilometrów od Phnom Penh. Podobno można sobie tam załatwić pięciolatkę. Niby z tym walczą, ale jakoś nie idzie. W końcu ciężko ogarnąć wioskę, gdzie są same burdele i więzione dzieci. Problem, że właściciele często trzymają dziecko na zasadzie „twoi rodzice mają u mnie dług i ty go spłacisz”. Po każdym nalocie policji zapłacone łapówki dopisują do rachunku dzieciom. To taki skrót i odpowiedź na pytanie: Jak to? Nie byłeś tam w burdelu? Nie wziąłeś sobie panienki do pokoju? A przecież dziewczynki takie tanie i łatwo dostępne! Jeżeli komuś się podoba, to adres już zna. Opuściliśmy gościnne progi Dream Bar. Poszliśmy przed siebie i znaleźli Bogart & Bacall. Nieco nas wcięło, nie spodziewaliśmy się, że w centrum Phnom Penh będzie knajpa poświęcona legendom kina. Tu piwo było po 0,75$, w obsłudze też dziewczynki, ale dość zestresowane. Mieli pamiątkowe koszulki po 5,5$ i nawet chciałem taką. Można było kupić albo wypić za jakieś naście dolarów i dostać ją za tak zwane darmo. Ponieważ nie mieliśmy melodii do picia za naście dolarów, to próbowałem wytargować, ale obsługa nie mogła zrozumieć o co mi chodzi. Ostatecznie więc nie mam pamiątki z Phnom Penh. Następnego dnia o poranku mieliśmy się pożegnać, więc nastrój był połączeniem smutku (koniec wspólnej zabawy) i radości (ale zajebistych zawodników wygrałem na te kilka dni podróży). Grey po raz kolejny zdobył trofeum Wodza Wieczoru. Zawodowo uczy matematyki. Z nostalgią wspominał czasy młodości, gdy nauczyciel mógł bić uczniów i jak to dostał sześćdziesiąt razy kijkiem za minutę spóźnienia na lekcję (raz za każdą sekundę). A teraz? Prawa człowieka, stres jakiś. „Ja ich nawet dotykać nie mogę, nie mówiąc o biciu!” - żalił się nad czwartym piwem. Wyraziliśmy zrozumienie i przyznali rację, że system szkolnictwa nieco wyluzował, ale nie do końca byliśmy przekonani, czy należy tłuc kijem za minutę spóźnienia. Gdyby to na PKP wprowadzić...zabiliby dyrektorów pierwszego dnia. Następnego poranka opuszczaliśmy hotel. Miałem do zapłacenia 5$. Daję panu, a ten, że nie przyjmie. - Proszę? - Zbyt zniszczone! Mario płacił tuż przede mną. Dobył banknot, który w ramach reszty dostał od pana - A to? Nie jest za bardzo zniszczone? - Nie, ten nie, bo to jeden dolar. Jedynki mogą być zniszczone. Zanotowaliśmy nowo nabytą mądrość, prosto od dyrektora mennicy USA. Zapłaciłem jakimś innym papierem, który został łaskawie przyjęty. Po śniadaniu pożegnaliśmy się definitywnie. Oni kupili bilety do Sajgonu, ja do Sihanoukville (5$ mój). Uściski, pady w ramiona, łzy rozstania, białe chusteczki. Wsiedli do busa, który miał zawieźć ich na dworzec. Mój miał być dopiero za 30 minut. Posiedziałem z petem i wodą mineralną na krawężniku. Po 30 minutach przyjechał bus. Ten sam. Z nimi w środku. Już nie tylko nimi, pełen po brzegi. Ależ się uśmiałem. Okazało się, że jeździli po okolicy, zbierali ludzi, żeby powrócić do punktu wyjścia po kolejnych pasażerów. Całe pożegnania na nic. Dworzec, tym razem autobusy już na pewno różne. Powtórka z uścisków i białych chust. Pojechali. Zostałem sam ze stadem dzieci, które chciały wypastować mi buty. Dylemat: czy dać im zarobić dolca, czy też pokazać, że w ten sposób nie można, wróć: nie powinno się, żyć? Buty brudne, sprzęt mają fachowy, dla mnie taki dolar nie fortuna, ale jeżeli zgodzę się po minucie stawiania oporu, to pomyślą sobie, że zawsze jak się białego ponaciska to odpuści. Z drugiej strony, może ten dolar to kwestia tego, czy on, jego rodzina, zjedzą coś dzisiaj? Rozważałem problem tak długo, że w końcu się na mnie obrazili i sobie poszli. Po dłuższej analizie i konsultacjach z wieloma osobami skłaniam się ku wersji, że lepiej dać im zarobić. Bo co im powiedzieć? Idź do szkoły, ucz się pilnie, to zrobisz karierę? Będziesz miał meble z Ikei i telewizor LCD? Chyba, że wrócą Czerwoni Khmerzy, to lepiej nie, bo wtedy zarobisz pola śmierci? Są różne slogany o drabinach społecznych, edukacji, pucybutach i milionerach, ale tylko kanalia mogłaby wygłaszać je do tych dzieci. Mają przesrane od dnia narodzin po dzień kremacji. Ej, ale przecież dzięki temu dla nas jest tanio! Obok było stado taksiarzy. Nie wiem jakim cudem, ale ogólnie moje wspomnienia z Kambodży i taksiarzy są dość pozytywne, a jeżeli chodzi o Azję, to najlepsze. Ci dowiedzieli się, że nie potrzebuję taksówki i na tym skończyli rozmowę ze mną, zajęli się zabawami. Jeden zakradł się za plecy drugiemu, wrzucił do sandałów płonącą zapałkę, po czym wszyscy niemal popłakali się ze śmiechu widząc jak tamten nagle robi „woooaaaah” i niekontrolowanie podskakuje wymachując rękami. Poszkodowany w ramach żartu pobił jajcarza, ale wszyscy tak się zaśmiewali, że wyglądało, że to ulubiona forma spędzania czasu w tej części świata. Pojechaliśmy. Zadbano o to, żeby pasażerowie rozrywkowo spędzili czas – włączono nam lokalne stand up comedy. Postarano się także, aby również ci z zaawansowaną wadą słuchu mogli śledzić wydarzenia na ekranie, głośność przekazu przypominała występy Iron Maiden. Mam nadzieję, że przynajmniej oni dobrze się bawili, bo mnie szlag trafiał. Khmerzy zaś płakali ze śmiechu, gdy facet, który nie umiał śpiewać, próbował śpiewać. Miałbym tam pewne szanse na sukces. Po występach wokalnych na scenę wyskoczył półnagi, tłusty facet, który tarzał się i wrzeszczał. Gdy skończył się program, włączono fonię, bez wizji. I tym razem nie zapomniano o niedosłyszących, a także mieszkańcach wszystkich mijanych przez nas wiosek, jestem pewien, że bardzo dobrze wiedzieli czym też się tam zasłuchujemy U nas bierzesz BMW z Niemiec i z 1994, montujesz głośniki, subwoofer, światła, spojler i jedziesz w miasto. Tu autobus i międzymiastówka. Był to jeden z momentów, kiedy najbardziej przeklinałem rozwój i ogólnodostępność zdobyczy techniki. Kurwa, przecież za kilka lat nie będzie dało się ruszyć na krok, żeby nie trafił się jakiś zapalony meloman, który musi napierdalać swoją ukochaną muzyką, oczywiście najchętniej discowatą, dookoła. Wytłumacz ludziom w Kambodży, że nie zawsze trzeba słuchać wszystkiego na pełen regulator. No nie, nie wytłumaczysz. I tak zamiast sobie pokimać, spokojnie poczytać, to siedzisz i słuchasz jak napierdala. Ma to chwilami nieco kulturoznawczy aspekt, ale zazwyczaj po prostu wykańcza. Widoki w Kambodży nie są zbyt wesołe: wioska z patyków, pył, bajora, czasem coś murowanego, ale bez przesadnego rozrzutu tych konstrukcji. Wcale niemało szkół, czyżby inwestycje zachodu? Spokojnie mali Khmerzy, odpracujecie w call center prężnej, międzynarodowej firmy. Będziecie świadczyć usługi dla ludzi zachodu, a jeżeli dobrze pójdzie, to kto wie? Może pozwolimy wam zobaczyć nasz piękny zachód, z depresjami, borderline, frustracją społeczną i wtórnym analfabetyzmem. Ale tylko na chwilę. No dobra, jeżeli się bardzo postaracie, to może pozwolimy waszym dzieciom bawić się z naszymi. Ale nie obiecujemy, musicie zrozumieć, że międzynarodowa sytuacja gospodarcza podlega ciągłym, dynamicznym zmianom. Wasi przyjaciele z Indii już zrozumieli i wcale na tym źle nie wyszli, dyrektorzy nieco lepiej niż pracownicy. Kto wie, jeżeli będziecie grzeczni, to może pewnego dnia damy wam popatrzeć jak jemy tort. Ale nie obiecujcie sobie za wiele. Podczas postoju wszyscy poszli sikać w krzaki. Upewniwszy się, że nikt nie pobiera opłat za toaletę, polazłem tamże. Leję sobie spokojnie, bacząc na buty, tak żeby lać jak najdalej od nich, a zwłaszcza nie za cholewy. Nagle cały kibel zaczyna żyć, liście go przykrywające ruszać i pełzać. Widywałem już wcześniej wielkie robaki, ale to był rekord. Co gorsza, były strasznie wkurwione (nie takie dziwne, kto by nie był wściekły jak mu szczają na dom i na głowę?) i chciały wydostać się ze strefy rażenia. Szło im to świetnie, a ja przecież nie wybiegnę z ptakiem w łapach na zewnątrz. Stałem więc tam, robiłem „ouaaaah” i miałem nadzieję, że żaden z nich nie fruwa, nie żądli przez glany, nie wpieprzy mi się do butów, nie zeżre oczu, czy nie zrobi jeszcze czegoś, o czym nie miałem pojęcia, że owady to potrafią. Jakże się cieszyłem, że nie noszę sandałów! Gdy tylko skończyłem, wypadłem z terrarium na gościnny, czerwony pył i dziękowałem Buddzie, że to sobie tam teraz lata, a przecież mogło zeżreć! Po zapoznaniu się z odtwórcą jednej z głównych ról w „Nagim lunchu”, a także po zaprzyjaźnieniu ojca Brunona Schulza z ulgą wypaliłem jakieś cztery pety i wróciłem do autobusu. ![]() skomentuj (0) The Khmer Rouge Killing Machine
- Myślisz o swoim króliczku? - Przepraszam, miałeś rację. - Dziękuję, że ze mną wytrzymujesz. Wiedziałem, że Kambodża może być ekstremalna, ale nie sądziłem, że aż tak. Jak to możliwe, że ma była wysyła mi nagle coś takiego? Siedzę w gaciach na łożu i zastanawiam się kto, jak, gdzie, kiedy, dlaczego, za ile, czemu. Steve widzi, że dzieje się coś niecodziennego, więc pyta o co chodzi. Mówię mu, że nagle dostaję w kurwę dziwne smsy; od kogoś, kto raczej do mnie nie napisze, a jeżeli już, to nie króliczki i pierdoły. Okazuje się, że też to przerobił i dostaje ponownie kondolencje w sprawie śmierci bliskiej mu osoby jakiś rok wcześniej. „Najgorsze było jak odpisałem jednemu, że to niesmaczne, a ten, że o co chodzi, dopiero wtedy zrozumiałem. Ciesz się, że nie przesłałeś „KAZAŁEM CI SPIERDALAĆ SUKO” czy jak tam się pożegnaliście” Siedzieliśmy kilka minut i zastanawialiśmy się: dobra, przychodzą pierdoły sprzed ponad roku, dwóch lat. Ale dlaczego same najważniejsze wiadomości? Czemu nie multiplikują się smsy o treści „będę za 10 minut”, tylko te ciężkie? Wiara w duchy w tej części świata jest dość powszechna, jednak będąc człowiekiem zachodu XXI wieku wierzyć w duchy za bardzo nie mogę, ale czy jest jakieś racjonalne wyjaśnienie tego szaleństwa telefonicznego? Dlaczego to właśnie te treści? Z tylu setek mniej poważnych wypisanych, obaj podostawaliśmy świetne wykurwy. Widocznie najstraszniejsze upiory postanowiły zawrzeć sojusz z sieciami komórkowymi i nam się przypomnieć. Wyzbieraliśmy się niespiesznie. Dzięki mojemu laptopowi posłuchaliśmy sobie muzyki. Ustaliliśmy, że najlepszym wyborem jest Tori i from the choirgirl hotel. 13:00 mikrobus, za wspomniane pięć dolca od osoby. Zawiózł nas na dworzec, a podróż pozwoliła odkryć fajny etat: pan stoi i otwiera drzwi, żeby był przewiew. Jednak, żeby za bardzo nie wiało, to za chwilę zamyka. I tak jeździ i sobie nimi macha w tę i w tamtą. Wiedzieliśmy, że dworzec to dramat, więc niespodzianki nie było, stoimy przy busie. Ja sobie palę, Steve nie, gadamy. Dzięki nagabującym stadom wszedł nam temat „Blaski i cienie żony z Kambodży”. Dywagujemy, po dobrych kilku minutach rzucam: - Jednak jeżeli preferujesz patriarchalny model rodzinny, to one są odpowiednie. - Jeżeli preferujesz ciasną cipę to też...rany, przepraszam, robię się chamski. Jakkolwiek sklasyfikować tę wypowiedź, widząc anatomię kobiet w tej części świata, nie miałem wyboru jak tylko przyznać mu rację. Autobus na dzień dobry zarył dziobem w nasyp. Pierwsza myśl: kurwa, to leżymy. Druga: a, tu to pewnie normalne, zaraz wyjedzie. Odpowiedź numer dwa okazała się prawidłowa, jakoś się wyciągnął i pojechaliśmy. Były luzy, więc każdy dwa siedzenia, filmowo mnie zaskoczyli, bo puścili „Hard Boiled” i to w angielskich napisach. Postój wprawił nas w atmosferę ojapierdolę: najpierw kibel, nie jest źle, ale przy myciu rąk okazuje się, że do umywalki przywiązany jest dyżurny grzebień do wspólnego użytku. Niemal zwymiotowaliśmy z obrzydzenia, a w tym czasie lokalny poprawił nim fryzurę. Niemal zwymiotowaliśmy jeszcze bardziej. Sami pozostaliśmy nieuczesani. Naszła mnie ochota na lokalne przekąski: wielka torba z rysunkiem ociekających czekoladą rurek wydawała się dobrym adresem. Okazało się, że są słone, a czekolady to nigdy nie widziały. Pytam co za jaja, a pani, że tak, tak ma być. - Ale na obrazku... - Ale nie! W środku są inne. Na poprawę humoru kupiłem sobie suszone owoce (kuriozum: paczka 30g kosztowała 1000. 250g zaś 12000. Kambodża, rozumem nie ogarniesz) i ananasa. Za 2000, czyli pół dolara dostałem całego, zajebistego ananasa. Pani obrała go na mych oczach w czasie chyba poniżej minuty. Przy okazji zrozumiałem powiedzenie: Angka ma tyle oczu, co ananas. Gdy obetnie się wierzchnią łupinę, to ananas patrzy w każdą stronę dziesiątkami oczek. Do Phnom Penh dotarliśmy o zmierzchu. Przed przyjazdem pooglądałem sobie mapę w przewodniku, bałem się, że lekko nie będzie (ulice z numerami idącymi w setki), ale o dziwo, świetnie oznakowane i całkiem proste. Przeszliśmy kawałek od dworca w stronę hotelu podesłanego przez naszego człowieka w Kambodży, czyli Kamili. Poleciła nam Same Same Guesthouse. Po oddaleniu się od dworcowej szarańczy taksówkarskiej złapaliśmy taryfę i pojechali do centrum turystycznego. Wziął nas we czwórkę, nie było płaczu, że nie można. Turystyczne centrum Phnom Penh...ulica, zaułki, knajpy, pijane stada i azjatycka litania, wypowiadana z gorliwością większą niż niejedna modlitwa: tuktuk, girl, marijuana. Czterech chłopa idzie, niemożliwe, żeby nie chcieli. Dwudziestu taksiarzy na sto metrów, dzwoni w uszach, tuktuk, girl, marijuana. How are you, tuktuk,girl,marijuana. Hello, tuktukgirlmarijuana. Where are you from, tuktukgirlmarijuana. Tuktukgirlmarijuana. Opiumtuktukgirlmarijuana. Cocainetuktukgirlmarijuana. Hoteltuktukgirlmarijuana. Znaleźliśmy nasz namiar, 5$ za dwójkę, cena bardzo nam się podoba. Wchodzimy, syf jak diabli, łazienka taka, że prysznic można brać wypróżniając się. Właściwie ciężko inaczej. Ale za 2,5$ od osoby? Pewnie, że nam pasuje, nie będziemy tu przesiadywać, a łeb do spania złożyć można wszędzie, byle na niego deszcz nie padał i robactwo do uszu nie wchodziło. Przy okazji możemy rozmawiać z chłopakami dwa pokoje dalej, bo ściany są z jakiejś dykty. Zrzuciliśmy bety i poszli szukać jedzenia. Oprócz noclegu Kamila podesłała nam też namiary na pobliski lokal z kuchnią indyjską. Płacisz 2$ i dostajesz posiłek, cztery dania, da się pojeść, co więcej całkiem dobre. Piwo też 2$, ogólnie bajka. W tle lokalna wersja Milionerów (próbowaliśmy ustalić ile tu można wygrać – bo milion rieli to jakieś 200 euro - ale niestety, nie mogli zrozumieć naszego pytania). Właściciel lokalu powiedział, że jeżeli nie będzie nam smakowało, to możemy wówczas zadzwonić po policję, a wtedy on pójdzie do więzienia na siedem lat. Miał szczęście, że nam smakowało, nie sądziłem też, że Kambodża aż tak bardzo stara się o jakość serwowanego jedzenia. Przydałoby się i u nas, ciekawy system motywacyjny dla restauratorów. W pewnym momencie naszego posiłku doszło do dziwnej sytuacji przed wejściem. Ktoś pijany wpadł na kogoś mniej pijanego, ten mu w nagrodę przypierdolił i odszedł w stronę zachodzącego słońca. Pobitego wniesiono do naszego lokalu, posadzili go, ten coś mówi, ale jest tak pijany, że nikt nie może zrozumieć. Żona zaczyna krzyczeć na naszego Hindusa, potem na tamtego - coś, że zamkną restaurację skoro dwóch chłopa się pobiło przed wejściem (gdyby tak było u nas, to musieliby zamknąć wszystko, zaczynając od szkół). Zbiegowisko, wrzaski, setka osób, my tam gdzieś przy stoliku próbujemy ogarnąć o co chodzi i nie zostać zaangażowanymi w tę imprezę. Pobity zasnął snem sprawiedliwego na stole, krwawił sobie spokojnie, aż w końcu przyjechała policja i go zabrała. Restauratora zostawili w spokoju, chociaż trochę nas kusiło sprawdzić, czy to prawda, że możemy go wysłać do pierdla na siedem lat, a przy okazji nie płacić 4$ za jedzenie, ale jakoś się pohamowaliśmy. Ech, te kretyńskie zachodnie skrupuły. Knajp nie brakuje, postanowiliśmy iść na bilard. Bardziej oni postanowili, bo jeżeli chodzi o mnie, to z bilarda najbardziej lubię, że można kijem wymachiwać i zawsze kusi mnie sprawdzić, czy łamią się tak jak na filmach, gdy kogoś nimi zdzielić przez plecy. Niestety, w ujęciu klasycznym co jakiś czas trzeba uderzać w bile, co wychodzi mi dość...interesująco. Tego wieczora wyszło mi jedno cudo, oczywiście przez pomyłkę, ale dzięki temu udało się zremisować 2:2 w partiach. Ponieważ jednak było tam piwo po niecałym dolcu za puszkę, to czas spędziliśmy bardzo miło. Nie spodziewaliśmy się, że następny dzień będzie nieco mniej radosny. Rytualnie odsłuchaliśmy do snu from the choirgirl hotel. Rano zebraliśmy się ze Stevem już o 8. Celem dalszego podróżowania musieliśmy jechać wystąpić o wizy do Wietnamu. Jeszcze zanim wyszliśmy z kazamat, znaczy hotelu, dopadł nas pan. Że jego kolega ma tu tuktuka i wspaniałe ceny, zawiezie nas. Możliwe, że facet cierpiał na rozdwojenie jaźni, bo okazało się, że jednak to on ma tutktuka, może w jego głowie układało się to nieco inaczej. Nie byłoby źle, gdyby nie próbował z nami rozmawiać (trochę pomaga, gdy obie strony mówią w tym samym języku - tu niestety warunek ten nie został spełniony), nie chciał pokazywać nam ciekawych rzeczy („TO CIĘŻARÓWKA MOJEGO KOLEGI!”) i wyjaśniać, że koło zapasowe, na którym trzymamy nogi, nie przeszkadza nam nic a nic. Ambasada, czyli zdjęcia, kretyńskie formularze, ale najgorsze, to 35$ opłaty, jak krew w piach wsiąknęło w kasę placówki dyplomatycznej. Niech wrócą o 16:30 – dowiedzieli się po złożeniu wszystkich bzdur. Chwała, że w jeden dzień to będzie. Powróciliśmy do hotelu i zapłacili panu, po dwa dolca od twarzy, czyli wcale nie tak mało, ale zapewniał nas, że to super cena. W jedną stronę jechał z nami Francuz, on akurat do ambasady Tajlandii. Jego też zgolił dwa dolca - było po drodze, a zanim Francuz się dosiadł to już mieliśmy cenę, więc liczyliśmy, że my stawiamy i dobra. Jednak skoro jego skasował, to czemu nas też i czemu kurs wychodzi jednak 6, a nie 4? Mieliśmy więc nieco inne przemyślenia na temat atrakcyjności ceny. Zebraliśmy Mario i Greya i całą czwórką ruszyliśmy zwiedzać. Nasz przyjaciel wydawał się coraz poważniej pierdolnięty, może mu się pogłębiało im dłużej trwał dzień. Chodził cały czas za nami, za zawiezienie na Pola śmierci chciał pieniędzy z kosmosu, za czekanie też krzyczał kwoty z gwiazd, więc odprawiliśmy go. Niestety, nie było to takie proste. Uparł się. Wtedy zachowywał się już jak bardzo poważnie pojebany, co gorsza agresywny i roszczeniowy, więc mu uparcie dziękowaliśmy i życzyli miłego dnia, ale on strasznie (z naciskiem na „strasznie”) chciał być naszym kierowcą, special discounty obiecywał, kurwa nas brała. W końcu wybraliśmy jakiegoś innego, wygrał, bo klecił po angielsku i podał przejrzyście wszystkie ceny. Pojebany się wściekł, pokrzyczał i poszedł sobie. Pierwsza destynacja: the killing fields w wersji popularnej, czyli Choeung Ek. Przejazd przez Phnom Penh całkiem spokojny jak na standardy azjatyckie, wysiadamy, idziemy. Obawiałem się, że to kolejne nudne muzeum, ale z drugiej strony byłem ciekaw jak to zrobiono. Dygresja: najpopularniejsza szkoła opisywania miejsc i wydarzeń traumatycznych zakłada gromadzenie określeń takich jak „mrożące krew w żyłach obrazy”, „przerażające wizje”, „koszmar obozu”, „wyzbycie człowieczeństwa”, „nieludzkie traktowanie” i inne. Dwa ostatnie lubię szczególnie – od mniej więcej połowy podstawówki dowiadujemy się jacy to nieludzcy byli Naziści (broń boże Niemcy), czy Sowieci. Chuja prawda, to najbardziej ludzkie zachowania, rozciągające się przez wszystkie kontynenty i epoki (no, Antarktyda póki co odpada, ale są tam surowce, a za tym i szansa, że już niedługo). Wszelakie gwałty, czystki etniczne są jak najbardziej ludzkie i człowiecze. Jednak ponieważ uświadamianie ogółu, że cała konstrukcja społeczna stanowi bardzo niestabilny fundament i wystarczy delikatne zachwianie, żebyśmy zaczęli zachowywać się jak Czerwoni Khmerzy, Naziści, Armia Czerwona czy Hunwejbini, mogłoby kiepsko wpływać na ogólne samopoczucie, słyszymy te wszystkie bzdury. Palmę pierwszeństwa hipokryzji dzierży jednak zezwierzęcenie. Najlepiej brzmi w kontekście znęcania się nad zwierzętami, które zezwierzęcone z definicji pozostają daleko za nami w dziedzinie mordowania i krzywdzenia. Jak mój ulubiony niegdyś ładnie to ujął: Civilised life is based on a huge number of illusions in which we all collaborate willingly. The trouble is, we forget after a while that they are illusions and we are deeply shocked when reality is torn down around us. Tak więc wolę to spisać niczym listę zakupów, odczucia są raczej oczywiste.
Zanim jeszcze doszliśmy do kasy, podszedł pan bez kończyny dolnej i poprosił o pieniądze. Żebrzących było więcej, ale udało się w miarę spokojnie od nich odczepić. Tablica wejściowa, informacje o czasach Pol Pota. Także specyfika miejsca. Tablic numer dwa: przystanek ciężarówek. Transport ludzi z Tuol Sleng, także innych miejsc kraju. Częstotliwość: dwa razy w miesiącu, lub co trzy tygodnie. Pojemność: od dwudziestu do trzydziestu osób, zakneblowanych i z zawiązanymi oczyma. Po przyjeździe: egzekucja. Tablica trzecia, magazyn substancji chemicznych. Głównie DDT, Dichlorodifenylotrichloroetan. Wsypywany do dołu z ciałami celem neutralizacji zapachu trupów i zagwarantowania śmierci. Płotek. W obrębie: masowy grób, podpis: 166 zdekapitowanych ciał. Kilka metrów dalej: kolejny Płotek i drzewo. O to drzewo zabijano dzieci. Chwytano za nogi, głową zaś uderzano o pień. Do dzisiaj w miejscu uderzeń kora nie odrosła. Tablica znakująca kolejny grób masowy. Po prawej karmnik z kośćmi. Po lewej czaszki w czymś przypominającym akwarium. Kolejne drzewo, zwane magic tree. nim głośnik, z którego szła muzyka, aby okoliczni nie słyszeli, co dzieje się na polach. Tabliczka: please don't walk through the mass grave. Tu brak płotka. Z braku funduszy na ekshumację prace idą powoli. Wersja druga: uznano, że nie należy już niepokoić resztek leżących w ziemi. Pośrodku wszystkiego stoi stupa. Szklana. Wypełniona czaszkami. 8000 sztuk. Większość nosi ślady uszkodzenia. Podzielone ze względu na wiek i płeć. Pod czaszkami: ubrania, rzucone nieskładnie. W ziemi: nadal około 10000 ciał. Choeung Ek to najbardziej znane killing field, jedno z wielu. Około 17000 osób zabitych. Dalej, ścieżka, która zdawała się nigdzie nie prowadzić, ale poszliśmy, z jednej strony obawiając się, że możemy coś stracić, z drugiej, że jeszcze coś znaleźć. Duże prawdopodobieństwo, że pod nogami były doły z zamordowanymi. Tuż za płotem rozciągało się bajoro, raczej koszmarne – malutkie, brudna woda, standard kałuży. W bajorze zaś pływały dzieci - nagie, bez strojów kąpielowych (nie spodziewałem się czepków Speedo i klapek Adidasa, ale jakieś gacie nie byłyby nie na miejscu), bez podziału na płeć. Gdy tylko nas zobaczyły, podbiegły do płotu i poprosiły o pieniądze, zeszyty, długopisy, cokolwiek. Daliśmy gumy do żucia, ale nalegały, że chcą jeszcze walutę. Maria ruszyło, chciał im dać trochę kasy, ale dzieci powiedziały, że nie chcą w rielach, wolą parę stron z najlepszego międzynarodowego słownika, czyli dolary. Nieco się wkurwiliśmy i nie dostały ani riela. Z jednej strony bieda jak chuj, oczy bolą od patrzenia, z drugiej, są pewne granice i standardy żebraniny, a riele też przecież coś warte. Na końcu drogi nie było nic, chyba postawiono ten płot, żeby lokalni nie nagabywali przesadnie turystów. Powróciliśmy do naszego przyjaciela w tuktuku i pojechaliśmy do atrakcji numer dwa, czyli Tuol Sleng.
Jest budynek, rzeczywiście wygląda niemal jak modelowa szkoła. Dookoła śliczna zieleń, palmy, drzewa, równiutkie alejki. Na wejściu dość ciekawy znak, zakaz śmiania się. Ktoś musiałby mieć bardzo specyficzne poczucie humoru, żeby się śmiać. Nie ma ustalonej kolejności w jakiej powinno się zwiedzać. Wietnamczycy pozostawili wszystko jak zastali, łącznie z drutem kolczastym na wyższych piętrach – żeby nikt nie skoczył i się nie zabił. Na dziedzińcu została tablica, regulamin więzienia, dziesięć punktów regulujących życie, raczej śmierć, w Tuol Sleng.
1.
Musisz odpowiadać na moje pytania Nie odpowiadaj nimi. 2. Nie próbuj ukrywać faktów wymówkami, że tamto, owamto. Masz zakaz sprzeczania się ze mną.
Swoistym trademarkiem stała się stojąca na dziedzińcu „futryna” - pierwotnie przyrząd gimnastyczny, potem używany do torturowania i wieszania. Nie chodziło o to, żeby zabijać ludzi, przynajmniej nie wprost i broń boże od razu, chodziło o uzyskanie zeznań i przyprowadzenie kolejnych osób. Właściwie każdy dość szybko przyznawał się do bycia szpiegiem Wietnamu, agentem CIA, KGB czy zboczeńcem. Co gorsza, im więcej zeznań, tym większa paranoja i przeświadczenie o siatce zdrajców infiltrujących kraj. Po uzyskaniu zeznań i przyznaniu do winy: pola śmierci. Intrygowały nas długie metalowe pręty z kółkami. Udało się ustalić, że to takie dyby, tylko jeszcze gorsze: nogi zakuwano w kółka (Azjaci są drobniejsi, ale jednak nie aż tak, żeby ich to nie bolało jak diabli) i tak się siedziało. Ścisk niesamowity. Dostrzegliśmy też projekty popiersi Pol Pota. Dopiero pod koniec władzy przypomniał sobie, że totalitaryzm totalitaryzmem, ale przydatny bywa kult jednostki. Nie zdążył już wiele podziałać, nie zasrali kraju pomnikami. Idąc dalej, są wystawy zdjęć, które się zachowały. Czasem robiono je również zabitym. Niektóre ze zdjęć pochodzą z momentu wyzwolenia Tuol Sleng. Większość jednak to więźniowie, często ze związanymi rękami, pustym spojrzeniem, numerem na szyi. Wszystkie grupy wiekowe, matki z dziećmi na rękach. Najstraszniejsze jest chyba zdjęcie więźnia, który uśmiecha się do obiektywu. Wyrazy twarzy reszty pokazują, że wiedzieli bardzo dobrze, gdzie są i co ich czeka. W salach często znajdowały się łóżka, a raczej same metalowe ramy z łóżek. Wiązano do nich więźniów, nie było materaca, więc krew miała jak spływać na podłogi. Zachowano też sprzęt używany do rażenia prądem. W niektórych klasach są nawet tablice z czasów, gdy bywali tu uczniowie. Na ścianach można odnaleźć ślady krwi. Jest dość dużo info o czasach Kampuczy. Ciekawe rzeczy: dla wierchuszki partii wydawane były czasopisma, przynajmniej trzy różne. Każdy numer zawierał od dwóch do czterech artykułów i trzy do pięciu zdjęć. Tematyka artykułów: początkowo produkcja ryżu, potem zmieniono na poszukiwanie wrogów rewolucji. Gdyby tak kilka lat dłużej porządzili, to pewnie nie miałby już ani kto tego pisać, ani czytać. Jest też godło Kampuczy, socjalistyczny standard: fabryka, zboże, zielone pola, tama, bardzo wysublimowana symbolika. Flaga: żółta sylwetka Angkoru na czerwonym tle. Przepisy na lekarstwa, pierwszy zwie się Rabbit dropping medicine, czyli albo coś źle przełożyli, albo ja nie rozumiem, ale wychodzi przecież, że to lekarstwo króliczych odchodów. 1. Wymieszaj ludzki woreczek żółciowy z mąką i roślinami (variety of plants) 2. Uformuj małe tabletki Natomiast w recepturze nie ma odchodów. Intryguje natomiast variety of plants. Co akurat ci rośnie w ogródku? Dobre. Lekarstwo w płynie: 1. Oczyść wodę 2. Wymieszaj z drożdżami 3. Pozostaw do wystygnięcia 4. Przelej do butelek po Pepsi lub Coca Coli. W niektórych klasach poczyniono samowolę budowlaną i podzielono je na mniejsze cele. Nie byli zbyt biegli w murarce, wszystko krzywe, nierówne, zaprawa się wylewa, tragedia. Estetami też nie byli, wyrąbano na chama przejścia w ścianach. W celach jakieś niezdarnie zbite deski w ramach drzwi, toporne wszystko. Inne koszmary, ten już wspomniany: oszczędzano na kulach, więc zabijano ciosem w potylicę. Jeden z muzealnych obiektów: siekiera. Ponieważ pewności nie mieli, czy aby na pewno zginął, więc dlatego jeszcze posypywano wapnem. W gablotach kolejne czaszki, każda nieco inaczej uszkodzona, Zdjęcia zdjęć zrobione zostały przez Stefana Jensena, a cały cykl zatytułował „Duchy Tuol Sleng”. Opatrzył je dość długim komentarzem, wspomina w nim o powszechnym wierzeniu, że jeżeli ciało nie zostanie skremowane, a modły nad nim odprawione, to wówczas dusza cierpi po śmierci i krąży jako duch. Bliscy zabitych dodatkowo cierpią, myśląc, że ich krewni nie zaznali spokoju także po śmierci. Wystawa numer dwa była chyba jeszcze ciekawsza. Opowiadała o grupie szwedzkich komunistów, których zaproszono w latach Czerwonych Khmerów, żeby pokazać im, że system działa, że raj na ziemi jest tworzony. Przewodniczący delegacji nazywał się (nawet dalej tak się nazywa) Gunnar Bergstrom i był wielkim sympatykiem Czerwonych Khmerów. Aż trudno uwierzyć wiedząc jaka była skala dramatu, ale oni się dali nabrać, powrócili do ojczyzny z newsami, że jest dobrze. Po latach Gunnar przyjechał ponownie do Kambodży i podzielił się swoimi przemyśleniami, tak z 1978, jak i nowoczesnymi. Nieco mu się zmieniła optyka, w 2008 przeprosił ludność Kambodży za swe wcześniejsze występy. Jest też inny szwedzki intelektualista, Jan Myrdal, który podobno do dzisiaj jest fanem Czerwonych Khmerów. Nie udało mi się znaleźć nic na ten temat, ale znalazłem jego przemyślenia na temat Tiananmen. Nieco wyrywając z kontekstu: If it was necessary, as I now believe, then it was right and moral. If it was not necessary, then it was wrong and criminal. Koleś ma tytuł profesora. Uważa, że można zajebać parę osób w imię jedności kraju jeżeli może to zapobiec większej tragedii. Powodzenia! Spędziliśmy tam nie wiem ile czasu, jakieś trzy godziny chyba, ale to miejsce zdecydowanie poza czasem. Przy zwiedzaniu Angkor Wat, zazwyczaj byłem pierwszy przy wyjściu. Tu siedziałem najdłużej, a oni na mnie czekali. W końcu i mnie wystarczyło obcowania z duchami Tuol Sleng. Dość długo jeszcze wiele się nie odzywaliśmy, a potem okazało się, że jestem jedyną osobą, która była w Oświęcimiu. Porównując...głupio porównywać, ale trudno tego uniknąć. Tuol Sleng jest jakieś dwadzieścia do dwudziestu pięciu razy bardziej traumatyczne niż Auschwitz. Może dlatego, że dookoła panuje klimat kojarzący się raczej z wakacjami niż z mordowaniem. Może przez to, że nie wiedziałem czego się spodziewać i jak mi przyjebało, tak do dzisiaj się zbieram. Może przez to, że Druga Światowa jest wszechobecna, a o Kambodży wie bardzo mało osób. Spielberg nie pojedzie tam kręcić „Listy Schindlera”, Polański „Pianisty” i nie powstanie „Wielka ucieczka” z pól śmierci. Książek o Pol Pocie w Empiku nie znajdziemy, rocznicy nie będą obchodzić w TVNie, a prezydenci i premierzy nie spotkają się 17 kwietnia w Phnom Penh, żeby porobić sobie zdjęcia i poczytać listy zabitych. Wietnam wygrał całą uwagę jaką zwykło poświęcać się wojnom w tamtej części świata. Jest jeszcze Tiananmen i Korea Północna, a Kambodża ma taki PR, że nigdy się nie przebije. Kraj numer dwa z podobnym problemem: Armenia. Najbanalniej i najwtórniej: Those who cannot remember the past are condemned to repeat it. George Santayana. Dzięki powszechnej wiedzy, gdy wspomniałem o wyjeździe, usłyszałem taką głupotę: Kambodża? Że też nie bałeś się jechać do Afryki, tam tak niebezpiecznie!
Może jeszcze raz.
Those who cannot remember the past are condemned to repeat it.
![]() skomentuj (0)
Fajnie jest mieć obsesję. Obsesje nawet. Z kilku jakie mam, Kambodża ma miejsce szczególne w moim sercu. Gdy męczą, mówię, że dlatego, że na C jak Canada, i na K jak Kanada, czyli istnieje pewien związek między tymi krajami. Niemniej wiem, że to kiepskie wytłumaczenie, a racjonalnie sprawę ujmując: nie wiem dlaczego Kambodża jest jednym z moich najukochańszych krajów świata. Nieśmiało próbuję ująć to na następnych -nastu stronach (tandetą to może wieje, ale gramy w otwarte karty). Poniższy wpis nie dotyczy moich przygód, a historii Kambodży. Przed wizytą tamże za wiele nie wiedziałem, a dla większości ludzi są to absolutnie nieznane dzieje. Moim zdaniem niesamowicie interesujące, dotyczące też wielu innych krajów, mających niesamowity wpływ na obecny kształt rzeczy w regionie. Starałem się, żeby to było interesujące, ale choćby sam czas Lon Nola, to materiał na kilka filmów. Wszystko w wielkim skrócie i z wielką nadzieją, że nie ma poważnych błędów, a uproszczenia są do zaakceptowania na tym poziomie wtajemniczenia w sprawie Kambodży.
Nie wiadomo, kiedy narodził się Jezus Chrystus. Nie wiadomo też, kiedy dokładnie narodził się Saloth Sar. Wikipedia wie, nawet daje przypis do książki, którą posiadam i która to jest skarbnicą wiedzy o życiu, twórczości i dokonaniach artystycznych głównego bohatera, ale zapomina zaznaczyć, że właśnie tam napisane jest, że nie do końca wiadomo. Większość kariery występował pod pseudonimem Pol Pot. A narodził się albo kiedyś w 1925 albo 25 maja 1928. Poza kłopotami z dokładną datą urodzin, większych podobieństw między życiem Jezusa i Pol Pota nie odnalazłem. Litościwie nie piszę wszystkich nazw partii, szkół i organizacji, bo wtedy szło by się powiesić przy lekturze. Kambodża była wówczas kolonią francuską. A siostra głównego bohatera była kochanką króla. Dzięki temu młody Saloth Sar często odwiedzał pałac królewski i pewnie również dzięki temu dostał się do Lycee Sisowath – szkoły w Phnom Penh. Edukacja ludności nie była priorytetem: od 1933 do 1954 tytuł bakałarza zdobyło tam 144 osób. Gdyby Pol Pot ją ukończył, to byłoby 145 absolwentów, ale on wolał przenieść się do szkoły technicznej. Udało mu się zdobyć stypendium we Francji, gdzie przebywał w latach 1949-1953. Fajne stypendium na cztery lata. Czas spędził mniej na nauce, a więcej na studiowaniu myśli socjalistycznej, z panującym wówczas skrzywieniem na stalinizm. Zapanował trend antykolonizacyjny, oczywiście wielu Khmerów dołączyło. Wielki myśliciel oblewał egzaminy przez trzy kolejne lata, więc w końcu w styczniu 1954 odesłali go z powrotem do ojczyzny. Jako członek partii nawiązał kontakty z komunistami z Wietnamu. W 1954 roku Kambodża odzyskała niepodległość. Zaczął się oczywisty cyrk polityczny i walki o wpływy na scenie politycznej. Nad wszystkim był król Sihanouk, który rozgrywał partie przeciwko sobie, kontrolował policję i wojsko. Wybory w roku 1955 raczej nie spełniały tak zwanych standardów demokratycznych, więc lewa część sceny zrozumiała, że szans na pokojowe objęcie władzy nie mają, zaś na działania zbrojne są za słabi. Pol Pot ożenił się z nauczycielką Khieu Ponnary, sam również uczył literatury i historii francuskiej w nowej szkole w Phnom Penh. Podobno był świetnym nauczycielem, doskonałym mówcą i miał bardzo dobre maniery. Rząd dość poważnie gnębił partie lewicowe wybijając kolejnych przywódców. W efekcie spotkanie partyjne w 1963 roku, w składzie góra osiemnastu osób wybrało Saloth Sara na sekretarza. W nagrodę zaczęła go szukać policja i musiał zejść do podziemia. A dokładniej do granicy z Wietnamem, gdzie nawiązał kontakt ze zwolennikami swojej opcji ideologicznej z sąsiadującego kraju. Próbował przekonać północny Wietnam, żeby wsparł powstanie w Kambodży. Nie chcieli, prowadzili wojnę z Południowym i negocjacje z królem Sihanoukiem w sprawie wykorzystywania kambodżańskich portów. Z Wietnamem, czy bez, postanowił działać; 18 stycznia 1968 wybuchło powstanie. Atak na Battambang został odparty, ale udało się zdobyć broń, którą potem pożegnano policjantów z okolicznych wiosek. Miejsca nie wybrano przypadkowo, od dwóch lat trwały tam niepokoje i nastroje ludności były wielce sprzyjające działalności wywrotowej. Gwiazda zaczęła wyrastać na wodza, odizolowała się od reszty członków partii i bawiła się w audiencje. W ramach zapewnienia sobie nieco większego spokoju przestano jechać po królu. Ten i tak miał lepszą imprezę na głowie: wyjeżdżając z kraju nakazał zorganizować antywietnamskie protesty. Gdzie indziej piszą, że wybuchły same, a on je tylko poparł. Miał nadzieję, że dzięki temu Wietnamczycy przestaną naruszać granice Kambodży. Jednak ludzie rozkręcili się przesadnie, spalili ambasady obu Wietnamów. Sihanouk powiedział, że winni są inni, ale niestety nie powiedział kto. Zgromadzenie narodowe odwołało króla, zamknęło Wietnamczykom porty kambodżańskie i powiedziało, że mają się wynosić w ciągu 72 godzin (czyli do 15 marca 1970). Nowym przywódcą kraju został Lon Nol. Sihanouk skorzystał z uprzejmości Pekinu i na falach radiowych nakazał ludowi powstać. Lud nawet powstał i wyszedł demonstrować, ale został zmasakrowany przez siły rządowe.
Północny
Wietnam wymyślił: Sihanouk ma się zaprzyjaźnić z Czerwonymi
Khmerami, a Pol Potowi obiecali dać środki do walki. 29 marca 1970
Wietnam wszedł do Kambodży, prawie zdobył Phnom Penh, ostatecznie
jednak został zmuszony do wyjścia. Sam Pol Pot praktycznie nie brał
w tym udziału (walczą dwie siły mu przeciwne, idealna sytuacja),
ale już w październiku postanowił pokąsać rękę, która go
karmiła i wydał oświadczenie: Wietnamczycy won z Kambodży.
Sytuacja była niezła, Wietnam walczy z rządem, Pol Pot z ekipą
rekrutują i szkolą żołnierzy w krzakach. Wielki wizjoner
rozpoczął trend, który potem uległ rozwinięciu: o ile żołnierzem
mógł zostać każdy, o tyle członkiem partii tylko ludzie bez
wykształcenia i biedni. Tworzyło to niezły dysonans, stara gwardia
partyjna – Pol Pot wyedukowany (edukowany chyba raczej) we Francji,
kilku jego kumpli też wykształconych i nowi, prości jak diabli.
Wersja myśli marksistowskiej, która najbardziej trafiła do Brata
Numer Jeden, głosiła, że prawdziwy komunizm można budować tylko
wśród ludzi bez wykształcenia, najlepiej prostych rolników ze
wsi. Edukacja to skaza, która uniemożliwia wprowadzenie jedynego
słusznego systemu. Pol Pot był w Pekinie w czasie Rewolucji
Kulturalnej i zasadniczo mu się podobało, niemniej uważał, że
Mao jest za miękki i zwrot, a także kierunek ma dobry, ale nieco
brakuje mu rozmachu – ten przynajmniej milion ofiar, co to jest?
Nie tylko pomysły miał chińskie, również sprzęt dostawał od
nich – wart pięć milionów dolarów rocznie. Z racji
amerykańskich bombardowań i polityki Lon Nola, łatwiej mu było
zachęcić ludzi do przyłączenia się. W roku 1972 miał 35 000
regularnego wojska i jakieś 100 tysięcy „pospolitego ruszenia”.
A bombardowania? Amerykanie liczyli na wybicie oddziałów
wietnamskich, których wtedy w Kambodży było jakieś 40 tysięcy.
Jaja jak globusy, Nixon z Kissingerem wymyślili sobie tę operację,
póki się dało, utrzymywano ją w sekrecie, a gdy sprawa się
rypła, to ogłoszono, że król Sihanouk prosił o zbombardowanie
jego kraju. Po prostu, bombardujemy sobie, nic nikomu nie mówiąc.
Nie przeszło. Jeżeli komuś wydaje się, że Nobel dla Obamy to
jaja (bo jaja), to zapewniam, że Nobel dla Kissingera to lepsze
jaja, bo raczej trybunał w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości
byłby bardziej odpowiedni. Od 1969 przeprowadzono 3630 nalotów na
Kambodżę. Jak tłumaczył wielki humanista: to nie są
bombardowania Kambodży, to bombardowania Wietnamczyków w Kambodży. There are no American combat troops in Cambodia. There are no American combat advisers in Cambodia. There will be no American combat troops or advisers in Cambodia. We will aid Cambodia. Cambodia is the Nixon doctrine in its purest form.... - President Richard M. Nixon, November 1971 W filmie The Killing Fields widzimy, że nie do końca szło jak iść miało. Gdy na początku Schanberg jedzie do zbombardowanego przypadkiem miasta to jest to Neak Leung. 6 sierpnia 1973 dwadzieścia ton bomb zrzucono omyłkowo tam na centrum. Na pewno 137 zabitych, 268 rannych, a pewnie i więcej. Oczywiście nikt za to nigdy nie odpowiedział, przecież mordowanie w Azji się nie liczy. Poza uatrakcyjnianiem i tak już pełnego emocji życia ludności, pchało ich to w objęcia Czerwonych Khmerów, którzy byli dość antyamerykańscy i „antynollolowi”. Nowe pomysły wodza tychże: zakaz noszenia biżuterii. Konfiskata wszystkich środków transportu. Próby reformy agrarnej na terenach, które kontrolował. Już w 1971 Lon Nol zawiesił zgromadzenie narodowe. Tracił kolejne części kraju, ale trzymał się u władzy dzięki amerykańskiej pomocy, lud nie kochał go coraz bardziej. W 1972 Wietnamczycy uznali, że u nich też jest fajnie i że chyba jednak pójdą sobie tam powalczyć. W połowie 1973 Czerwoni Khmerzy kontrolowali 2/3 kraju i połowę ludności. Wiele osób widząc dobrobyt jaki przynoszą ze sobą uciekało do stolicy. Próby zdobycia Phnom Penh nie powiodły się, więc zablokowano ją. Populacja miasta wynosiła wówczas dwa miliony ludzi, nie było szans tego wyżywić. Na terenach zdobytych ludność wypędzano z miast na rolę – czyli taka miła reforma przez pracę organiczną. Pol Pot pozytywistą. W 1974 zaczęła się czystka, współpracownik tajskiego pochodzenia imieniem Prasith dostał kulę w łeb, oczywiście bez żadnego procesu. W jego ślady poszło wielu innych członków partii, którzy mieli pecha być Tajami, czy choćby tajskiego pochodzenia. W tym czasie Lon Nolowi obiecano śmierć. Był bardzo buddyjski i nie można zaprzeczyć, że miewał fajne pomysły; gdy Czerwoni Khmerzy atakowali Phnom Penh otoczył miasto kręgiem ze świętego piasku. Niestety, nie zadziałało. Abdykował 1 kwietnia 1975 i przez Indonezję dostał się do swoich sponsorów, na Hawaje, a potem do Kalifornii, gdzie umarł w 1985. 17 kwietnia 1975 roku Czerwoni Khmerzy zdobyli Phnom Penh. Zaczęła się prawdziwa jazda. Początkowo wszyscy się cieszyli: wojna domowa dobiegła końca. Radość im jednak szybko przeszła: już pierwszego dnia rozpoczęto wypędzanie ludzi ze stolicy. Mówiono, że Amerykanie będą bombardować miasto, co akurat było bzdurą. Bez wyjątku, młodzi i starzy, skazani zostali na opuszczenie miasta- siedliska rozpusty, zepsucia i myśli reakcjonistycznej. Opróżniono także szpitale, dzięki czemu wiele osób umarło podczas ewakuacji. Leżeli przy drogach, nie było jak się nimi zająć. Ideałem byli rolnicy: pracujący od tysięcy lat na roli, „starzy ludzie”, niezepsuci wpływami zachodu i kapitalizmu. Hitler chciał mieć aryjskich blondynów, Czerwoni Khmerzy chłopów. Stworzono kategorię „nowych ludzi” - zwanych też „ludźmi 17 kwietnia” - wszyscy, którzy do tego dnia nie opuścili miast i nie zdecydowali się na atrakcyjne życie na wsi. W pakiecie dostawali status wrogów ludu. Saloth Sar został Bratem Numer Jeden. Dopiero wtedy przyjął oficjalnie pseudonim z pola walki, Pol Pot – od francuskiego Politique Potentielle. 5 stycznia 1976 uchwalono konstytucję. A właściwie to zła data: rok 1975 został ogłoszony rokiem zerowym. Dokładniej: 17 kwietnia to Rok Zero. (jest taka płyta Nine Inch Nails, Year Zero. Wydana jednak w 2007 i odnosi się do nieco innych zjawisk w świecie nam współczesnym). Jak autorzy sami lubili mówić: dwa tysiące lat historii Kambodży dobiegło końca. Wprowadzono nowe zasady życia: zakazano więzi rodzinnych – rodzice psują dzieci i wykorzystują je. Pieniędzy - jedną z pierwszych rzeczy jaką zrobiono po zdobyciu Phnom Penh było wysadzenie banków, pieniądze latały po ulicach. Wszyscy musieli ubierać się tak samo. Własności. Komunikacji ze światem zewnętrznym. Kambodża została odcięta od świata. Kambodża? Nie było już takiego kraju, nastała Demokratyczna Kampucza (Kampuchea w angielskiej transkrypcji). Plany były ambitne: oczekiwano produkcji 1,4 tony ryżu z hektara (wcześniej maksymalna wydajność wynosiła około tony). Przecież jednak zawsze można kazać ludziom pracować dwanaście godzin dziennie. Po co też mieliby marnować czas na odpoczynek, czy przesadnie się obżerać? Jeżeli trafi na kogoś, dopiero co przekwalifikowanego z miasta do pól ryżowych, kogoś kto nie wyrabia nomy, nie potrafi? Wycieczka, do lasu i na drugi świat. Wcześniej jeszcze można wykopać swój grób. Żadnego strzelania, cios tępym narzędziem w tył głowy (kule to przecież luksus finansowy), dół, pochówek. Nierzadko żywcem. Wiele osób nie dotarło nawet do tego etapu, umierali z głodu i od różnych chorób. Keeping new people is no benefit, głosiło jedno z haseł Czerwonych Khmerów Losing them is no loss! - wyjaśniało. Dzięki temu nastoletni analfabeci mordowali inteligencję pod byle jakim pretekstem. Poważne przestępstwa: proszenie o więcej jedzenia, okazywanie uczuć rodzinie, znajomość języków, wykształcenie, noszenie okularów, buddyzm (oczywiście koniec z mnichami). Za wszystkie te „przestępstwa” jedna kara: wycieczka do lasu. Lżejsze sankcje za powiązania z dawnym rządem: dokładano starań, żeby taka osoba zapracowała się na śmierć. Za wcześniejszą własność, za posiadanie szeroko rozumianego businessu. Naprawdę, pozostał bardzo wąski margines wpasowania się w nowe normy życia społecznego. Szansę dawało udowodnienie, że jest się analfabetą i rolnikiem z dziada pradziada. Umiarkowaną szansę, bo przecież każdy może zachorować. A opieka medyczna? To jest chyba najlepsze: nauka medycyny trwała trzy miesiące. Postawiono na zwrot ku naturze, leki tylko i wyłącznie ziołowe. Chyba już lepiej od razu było się wykończyć (raczej nie zdarzały się cuda znane z filmów: pacjent trafia do tradycyjnego lekarza i jak nic nie pomagało, tak nagle wywar z pietruszki stawia go na nogi). Na straży wszystkich tych radości stała Angka (czasem Angkar). Po naszemu chyba najbardziej odpowiada temu termin partii, dla ludzi zachodu to nawet nie ma odnośnika. Obłęd jechał jeszcze dalej, chociaż tu już po znanych nam ścieżkach: edukacja dzieci. W skali dramatu jaki mieli dorośli, dzieci miały stosunkowo z górki. Oczekiwano od nich donoszenia na rodziny (tu jest lekka sprzeczność z zerwaniem więzów). Edukacja miejscami szła wspaniale, wszyscy dorośli kończyli w lesie, a w obozach pozostawały same dzieci. Nagrody za posłuszeństwo, rozumiane jako donosicielstwo. Po pracy, dorośli mogli realizować się na szkoleniach partyjnych i dowiadywać o zagrożeniach związanych z indywidualnością. Cytując parafrazując za stroną http://www.edwebproject.org/sideshow/khmeryears/camps.html smutek odbierany był jako duchowe zagubienie radość interpretowano jako wyraz indywidualizmu niezdecydowanie jako burżuazyjny intelektualizm
Pozostają jeszcze jakieś opcje wyrażenia siebie? Była możliwość złożenia samokrytyki i uzyskania rozgrzeszenia. W nagrodę czekała owacja zgromadzenia i pochwała. A wieczorem wycieczka do lasu. Patrz film The Killing Fields. Oczywiście to wszystko przynosiło efekty. Jakość życia pogarszała się z roku na rok. Angka zwiększała normy produkcyjne ryżu. Obowiązywał zakaz używania zdobyczy techniki (mówimy o zdobyczach techniki z poziomu Kambodży lat 70-tych, kraju właściwie całkowicie rolniczego), więc niemal nikt nie wypełniał normy. Jeżeli ktoś jakimś cudem wypełnił plan z nadwyżką, to mu ją zabierano. Wspaniały system motywacyjny. Za jedzenie robaków, trawy – wycieczka do lasu. Małe wtrącenie: gdy czytam o tym wszystkim, to mam wrażenie, że panował gigantyczny burdel, zapewne jedne obszary wyglądały inaczej niż drugie, zależnie od tego jak bardzo popierdolony był odpowiedzialny za dany kawałek. Niemniej ogólny obraz był koszmarny. Praca na polach ryżowych, to była całkiem dobra opcja. Dlaczego? Bo było jeszcze S.21, Tuol Sleng. S oznacza w tym wypadku security office. Tuol Sleng znaczy wzgórze zatrutego drzewa”, lub wzgórze strychniny. Inna nazwa, używana przez pobliskich mieszkańców: miejsce, gdzie ludzie wchodzą, ale nigdy nie wychodzą. Starą szkołę przerobiono na więzienie. Prawdopodobnie około 20 tysięcy osób przekroczyło bramy Tuol Sleng. Dwanaście je opuściło. Według innych źródeł siedem. Jeszcze innych sześć. Wśród nich portrecista, jeden z bardziej znanych malarzy Kambodży, Vann Nath – malował Pol Pota i dzięki temu udało mu się nie zginąć. Żyje do dzisiaj, spytany co myśli o znanej mu torturze podtapiania (waterboardingu) stosowanej przez USA, nie wyraził swego entuzjazmu dla niej. Angka z roku na rok popadała w coraz większą paranoję. Schemat znany ze Związku Radzieckiego lat 30-tych, ale tu wyniesiony pod niebiosa. Co ciekawsze, ludzie znali tylko tę nazwę. Nie wiedzieli, kto stoi za tym dobrobytem, w którym przyszło im żyć. Nie wiedzieli nawet, że istnieje CPK – Communist Party of Kampuchea, nie znali personaliów partyjnych. Oceniono, że od 1% do 5% ludności to zdrajcy – trzeba ich znaleźć! Efekty? Tortury, a następnie zeznania obciążające kolejne osoby. Te obciążały następne. Tym sposobem więźniów nigdy nie brakowało. Lista zakazów, jaka obejmowała strażników, sprawiała, że wielu z nich dołączyło do pensjonariuszy S-21, których stanowiły głównie kadry Czerwonych Khmerów, w tym sama wierchuszka partii. W 1977 Pol Pot przedstawił przez radio światu swój wspaniały twór, de facto samego siebie. Przemawiał pięć godzin i oznajmił, że krajem rządzi partia komunistyczna. Następnego dnia poleciał do Pekinu, spotkać się z Hua Guofengiem - następcą Mao. Powiedziano mu, że wesprą go w rywalizacji z Wietnamem, ale ma nie iść w wojnę – Chińczycy nie kochali Wietnamu, ale wiedzieli, że Kambodża raczej nie podoła. Wietnamczycy zinterpretowali to jako znak rosnącego zagrożenie ze strony Kambodży. Wyprowadzili uderzenie wyprzedzające pod koniec 1977, ale w styczniu 1978 udało się wypchnąć ich z powrotem do Wietnamu. Ogłoszono wielki sukces, chociaż zabrali ze sobą wielu jeńców. Było też niemało osób, które dało dyla dobrowolnie, bo obawiało się o swoje życie w raju Pol Pota. Dopóki w Wietnamie była wojna, USA wspierało Wietnam Południowy i Kambodżę, co sprawiało, że nie rzucali się sobie do gardeł, niemniej animozje były. Zaraz po dojściu do władzy Czerwoni Khmerzy wykorzystali zamieszanie w Wietnamie i przejęli kilka wysepek w Zatoce Tajlandzkiej. Na zdrowy rozum, wydawało się, że w końcu zabawią się w bratnie narody socjalistyczne i dadzą sobie spokój, jakoś tam będą koegzystowały w imię zwycięstwa jedynego słusznego systemu. Niemniej zdrowy rozum jest towarem deficytowym. Szybko doszło do podziału wpływów: Chiny wspierały Kambodżę, Związek Radziecki Wietnam – takie małe współzawodnictwo o wpływy w świecie większych socjalizmów rękami małych socjalizmów i żółtych ludzi. Żeby i tak przecież fajną sytuację uczynić jeszcze ciekawszą; Pol Pot miał obsesję i kompleksy na punkcie Wietnamu – że niegdyś pomogli, że wspierali partię. Dlatego obowiązywała wersja, że partia nie istniała w Kambodży do 1960, aż przyszedł on i założył wszystko, oczywiście sam. Pecha mieli ci, którzy towarzyszyli mu w latach wcześniejszych, jasne jest co ich spotkało. W lipcu 1977 Wietnam podpisał traktat o współpracy z Laosem. Dla Pol Pota było jasne: otaczają ich! Marzyło mu się wywołanie powstania w Południowym Wietnamie – osiem milionów żyjących tam Khmer Krom (nie ma chyba polskiego odpowiednika) dawało pewną nadzieję. Khmerzy się z Wietnamczykami – bardzo delikatnie mówiąc - niespecjalnie lubią. Dygresja i mały wskok do XIX wieku. Z ciekawszych epizodów koegzystencji: w latach 1800-1845 Wietnamczycy zrobili Khmerom ludobójstwo, a właściwie ciąg różnych radosnych praktyk. Lata 1813-15: znak rozpoznawczy: zakopywano osobnika tak, że wystawała tylko jego głowa, na niej stawiano palenisko i parzono herbatę. Dowcip sezonu: gdy nieszczęśnik spędzał tak czas (nie wiem czy bardziej dusząc się, czy będąc palonym żywcem,)krzyczano do niego: Uważaj! Nie rozlewaj herbaty swego pana! 1813-1820 – projekt kopania kanału (a więc tu Sowieci się zainspirowali) Vinh Te. 53 kilometry, 25 metrów szerokości, 2,5 głębokości, biegnie do Zatoki Tajlandzkiej. Kanał dawał Wietnamowi dostęp do terenów na południu – Khmer Krom w końcu nie znaleźli się tam przypadkiem, to były kiedyś ichnie ziemie, ale od początku XVII wieku Wietnam konsekwentnie posuwał się na południe. Mam przed oczyma dość imponującą listę powstań Khmer Krom przeciwko Wietnamczykom, ale powiedzmy, że nie takie ważne. 11 sierpnia 1863 Francuzi ustanowili protektorat Kambodży Brali terytoria kawałek po kawałku i przyłączali do swojej kolonii – jeżeli dobrze rozumiem, to takie rozbiory im robili. Nie bardzo interesowali się taką właściwością, że mieszkają tam ludzie etnicznie różni od Wietnamczyków. No i na nich właśnie liczył Pol Pot. Marzył mu się powrót do granic z czasów Angkoru (tak jak niektórzy chcą Polski od Bałtyku po Morze Czarne, ale na szczęście nie zostają naszymi wodzami). Wietnamczycy jednak zebrali 100 tysięcy żołnierzy przy granicy z Kampuczą. 25 grudnia 1978 zrobili Pol Potowi spóźniony prezent gwiazdkowy (chociaż w sumie boxing day) i zaatakowali. Myśleli o stworzeniu strefy buforowej, ale byli zaskoczeni jak dobrze im idzie posuwanie się w głąb kraju. 7 stycznia zdobyli Phnom Penh. Pol Pot odleciał helikopterem w stronę zachodzącego słońca, a Czerwoni Khmerzy rozpierzchli się po kraju. W 1982 Wietnam ustanowił Ludową Republikę Kampuczy, z Hun Senem – porucznikiem, który uciekł wcześniej do Wietnamu, by uniknąć prześladowania (czytaj: śmierci). Rozpoczęła się powolna normalizacja, ludzie poopuszczali obozy pracy i powrócili do domów. Jeżeli takowe im zostały. Bilans czterech lat rządów Czerwonych Khmerów jest nie do ocenienia, właściwie wszystko się szacuje. Najczęściej podają około 1,5 miliona ofiar, ale można spotkać dane od 850 tysięcy do 2,5 miliona! Populacja kraju w 1975 wynosiła 7,3 miliona. Czyli wykończono 20-30% ludności. Nieokreślona liczba osób uciekła. Gdyby nie Wietnamczycy, to po kolejnych czterech latach już chyba nie mieliby kim rządzić, zwłaszcza, że liczba egzekucji ciągle wzrastała. Wietnamczycy nie byli dziećmi, w końcu do 1975 mieli wojnę u siebie, jednak gdy zobaczyli Kambodżę to nie mogli uwierzyć i byli przerażeni. Intrygujące były liczne dołki w ziemi. Okazało się, że każdy z nich oznacza masowy grób. A co dalej? Ach, dalej przeuroczo. Do 1990 roku ONZ nie chciał uznać Kambodży, twierdząc, że legalnymi przedstawicielami tejże w Radzie Narodów Zjednoczonych są Czerwoni Khmerzy. W 1990 Wietnamczycy opuścili Kambodżę. 23 października 1991 wszystkie ugrupowania (właściwie 80-te to ciągła walka) zgodziły się na wolne wybory pod nadzorem ONZ, które odbyły się w 1993. Terzani wspomina o nich w swojej książce „Nic nie zdarza się przypadkiem” i raczej mieszkańcy nie mieli powodów do otwierania szampana. Wymordowano wszystkich niemal intelektualistów, więc nierzadko korzystano z usług byłych Czerwonych Khmerów. Pol Pot zaszył się w okolicach Phnom Malai - części Kambodży przy granicy z Tajlandią. Na pewno dostawał kasę od Chin i USA. USA nie chciało za nic uznać Kambodży pod okupacją Wietnamu. Szło mu całkiem nieźle, w 1985 od 35 do 50 tysięcy Czerwonych Khmerów przesiadywało w Phnom Malai i robiło niezły gnój. W grudniu tegoż roku Wietnamczycy w końcu uznali, że już wystarczy i przegnali ich do Tajlandii. Ponieśli straty, ale w końcu mieli go trochę z głowy. Ale nie do końca: Pol Pot osiadł w okolicach Tratu, gdzie pilnowały go tajskie służby specjalne. Zrezygnował z przewodzenia partii – jako powód podał astmę. W 1986 małżonka urodziła mu córkę (i z tego co pamiętam, małżonka miała jakieś dwadzieścia parę lat, fajna emerytura). Potem musiał lecieć do Chin, żeby przejść operację raka twarzy. Chyba mu się spodobało, bo siedział tam do 1988. W 1989 Wietnamczycy wyszli z Kambodży, Pol Pot przeniósł się z powrotem do ojczyzny. Dysponował potężną siłą militarną i nie chciał ułożyć się z nową władzą. W końcu dopiero w 1996 żołnierze zaczęli od niego uciekać, udało się też dogadać z niektórymi członkami Czerwonych Khmerów – za amnestię zgadzali się składać broń. W 1995 miał wylew, który sparaliżował lewą stronę ciała. Nie wyszedł z formy, jeszcze 10 czerwca 1997 wydał rozkaz zamordowania swego wieloletniego współpracownika, Son Sena – bo ten chciał iść na współpracę z władzami. Przy okazji zabito jedenaście osób z jego rodziny, ale Pol Pot twierdził, że to nie jego wina, on kazał zabić tylko kolegę. W końcu Czerwoni Khmerzy aresztowali kochanego tatusia-założyciela i w pokazowym procesie skazali go na areszt domowy do końca życia. 15 kwietnia 1998 Głos Ameryki, (któregoż Pol Pot był słuchaczem), ogłosił, że Czerwoni Khmerzy chcą oddać swego wodza w ręce Amerykanów. Tej samej nocy zmarł. Możliwe, że otruty, możliwe że ze strachu, możliwe, że samobójstwo. Chciano dokładnie zbadać ciało – obawiano się wała – ale został szybciutko poddany kremacji (stos zrobiono z gałęzi i opon). Widzieli go jednak dziennikarze i stwierdzili, że to bez wątpliwości on, więc teorię spiskową chyba można odrzucić. Do samego końca życia miał bardzo wiele na swoje usprawiedliwienie, głównie obwiniał Wietnam. Poza tym on przecież nikogo nie zabił, nie wiedział, rozczarowali go ludzie, kadry były zbyt ukształtowane przez Wietnamczyków. Był niczym pan domu, którego zawiodły dzieci, okłamywały go, co gorsza. Zostało jeszcze trochę liderów Czerwonych Khmerów, ale raczej spokojnie dożywają starości. Chociaż zabawiono się w cyrk: Towarzysz Duch – prowadzący Tuol Sleng – obecnie 67 lat; siedzi od dziesięciu w pierdlu. Wyrok jeszcze nie zapadł, prokurator zażądał 40 lat, więc pewnie zrobią mu w tej formie dożywocie – opcji kary śmierci nie ma. To pierwszy z czołówki Czerwonych Khmerów, który stanął przed sądem – nie ma pieniędzy na prowadzenie większej ilości procesów, a przynajmniej takie jest oficjalne tłumaczenie. Zresztą obecna władza jest mniej lub bardziej związana z poprzednim ustrojem i wcale im niespieszno, żeby złożono za dużo zeznań. Z okazji procesu Ducha, Pekin wydał oświadczenie, w którym przypomniał, że jego poparcie dla Czerwonych Khmerów było zgodne ze stanowiskiem opinii międzynarodowej. Pozostaje pytanie: dlaczego nie osądzono Pol Pota za życia? Tajlandia mogła spokojnie go pojmać, wydać jakiemuś trybunałowi, a tu nic. To pasmo sukcesów i humanitarnej polityki mocarstw, w tym USA. Wspomniany ONZ, ale w 1989 też sekretarz Stanu USA George Schultz przeciwstawił się utworzeniu trybunału międzynarodowego. Poczekano spokojnie aż umrze, kto ma umrzeć i nagle USA zażyczyło sobie procesu. Mówiono mi, że Pol Pot mógł znacznie poszerzyć naszą wiedzę o swojej współpracy z Amerykanami, a akurat tym epizodem nie bardzo chciano się chwalić. W takim 1980, USA przekazało Czerwonym Khmerom potajemnie 55 milionów dolarów. Mieli luzy, pozwalano im poruszać się w pasie 700 kilometrów przy granicy! Toż na plażę nawet mogli sobie chodzić, skoro Pol Pot, gdzieś koło Tratu stacjonował. Dopiero w styczniu 1990 Tajlandia, przy sprzeciwie USA, wymówiła Khmerom bazy, ale niemało osób nadal robiło świetne interesy na kupnie drzewa tekowego i rubinów od Czerwonych Khmerów, w tym oczywiście oni sami. Jak mi to powiedziano w wersji uproszczonej: siedzieli w Tajlandii, wpadali do Kambodży, pacyfikowali parę wiosek, podkładali miny, wracali do Tajlandii zanim ktoś zdążył zareagować. Miny do dzisiaj uprzyjemniają życie ludności. Amerykanie liczyli, że zemszczą się na Wietnamie rękami Pol Pota. Kontrolowali też część obozów uchodźców, oczywiście korzystali szczodrze z pomocy organizacji (dajesz 10 złotych na jakieś Amnesty International, a potem to trafia do Pol Pota...). Również poprzez organizacje humanitarne USA przekazywało żywność i to nie kanapki – np. o wartości dwunastu milionów dolarów. CIA próbowało wybielać Brata Numer Jeden, opublikowało raport znacznie zaniżający liczbę ofiar i mówiący, że początki były ciężkie, ale potem się już uspokoił. Akurat było na odwrót. W 1980 wicedyrektor CIA odwiedził bazy Czerwonych Khmerów! Również Chiny wspierały ich cały czas, ale Chiny mogą mieć to w dupie, bo czego by nie zeznano na tym procesie, to i tak nic im nie zaszkodzi. Jedyne ryzyko dla nich to nawiązanie do starć z Wietnamem z 1979 – obecnie kontakty mają niezłe, tak jedni, jak i drudzy nie bardzo chcą o tym rozmawiać. Dalej, USA nie bardzo chce też wspominać czasy bombardowań i wdawać się w dyskusję jaki był ich wpływ na zainteresowanie ludzi opcją Pol Pota. Francois Bizot – w Kambodży od 1965 do 1975, jedyny człowiek Zachodu, który przeżył więzienie Czerwonych Khmerów – napisał o tym w książce „Brama”. Dla niego, gdyby nie USA, to nie byłoby całej imprezy, a ponieważ mówi po khmersku i trochę tam żył, to raczej wie o czym mówi, jakie były nastroje i co ludzie myśleli o Lon Nolu i jego współpracy z USA. Historia Bizota jest niesamowita, prowadził w Kambodży badania nad buddyzmem. W październiku 1971 został uwięziony, razem z dwójką kambodżańskich przyjaciół. Oskarżono go o bycie szpiegiem CIA i skazano na śmierć. Najciekawsze w „Bramie” są jego rozmowy z dowódcą miejsca zatrzymania, obozu oznaczonego M13, gdzieś w Górach Kardamonowych. Był nim towarzysz Duch, który najpierw go oskarżył, a potem wydał na niego wyrok. Jakimś nieziemskim cudem udało mu się przekonać go, że naprawdę chciał tylko badać buddyzm i że nie jest szpiegiem CIA. Posiedział trzy miesiące w dość koszmarnych warunkach po czym go uwolniono. Dwójki jego przyjaciół nie. Ironia historii jest niesamowita: w 2003 role się odwróciły: Duch siedział, a Bizot przyszedł go odwiedzić. Wspomina, że warunków ogólnie ciężkich nie miał, sala telewizyjna, wizyty dzieci, trzy posiłki dziennie – większość ludności Kambodży nie ma takich luksusów. Sprawiedliwość jak diabli, strażnicy mu zazdroszczą. Wiadomo, że Duch wydał wyrok śmierci 12,380 razy, a zapewne wiele, wiele więcej. Dzięki rozmowom ze swoim strażnikiem, Bizot zrozumiał Czerwonych Khmerów na długo przed objęciem przez nich władzy. „Bramę” czyta się to dość niesamowicie, wiedząc o tym, co potem robił towarzysz Duch. Poważnie - podobno Duch cierpi okrutnie i i szlocha nad tym, co narobił. Błagał ofiary o wybaczenie, zaznaczając, że wie, że to niemożliwe. Pewnie pokazowo go wkrótce skażą, zaś z resztą spokojnie poczekają. A w Krakowie mamy rondo Reagana.
Jeżeli kogoś to zainteresowało, źródła, bynajmniej nie wszystkie: http://www.edwebproject.org/sideshow/khmeryears/index.html świetnie opisane, przystępnym językiem, bez męki datami i nazwiskami, układ cały zerżnąłem z tego. http://wyborcza.pl/1,75477,6287951,Proces_Khmera_na_odczepne.html Warszawski o procesie Ducha po latach. Wszystko, zwłaszcza współpraca z USA. Wspaniała bibliografia, rewelacja! http://www.nytimes.com/2009/02/17/opinion/17bizot.html?_r=2&8dpc – Bizot o spotkaniu z Duchem po latach.
Inne o Kambodży i problematyce: The Killing Fields – w sensie film z 1984, autorstwa Rolanda Joffe. Koniecznie, nie tylko w kontekście Kambodży, ale po prostu świetny film. Malkovich, trzy Oscary z siedmiu nominacji. Muzyka Oldfielda niestety dość się zestarzała i strasznie daje po uszach, wiele osób narzeka na końcówkę, mnie nie przeszkadza. W mojej kategorii must see. Holiday in Cambodia – pieśń Dead Kennedys, jak dla mnie dotycząca tego, że wiele osób nie ma pojęcia o tym jak mają inni i nieco by im się zmieniła optyka dzięki urlopowi w Kambodży. Okładka singla: http://www.biocrawler.com/w/images/9/9f/Dead_Kennedys_-_Holiday_In_Cambodia_US_picture_cover.jpg pochodzi z zamieszek w Tajlandii, niemniej zabija. Bogiem wiedzy o Kambodży jest David P. Chandler. Przywiozłem sobie jego biografię Pol Pota – Brother Number One. Napisał o wiele więcej, głównie o czasach Czerwonych Khmerów, ale także Historię Kambodży. Oczywiście nic z tego nie ma po polsku. Wspomniany Francois Bizot, Brama, jest po polsku. We Frost/Nixon jest wstawka na temat, mówi Nixon. Whenever I have had my doubts I remembered the construction worker in Philadelphia because he came up to me and he said 'Sir I got only one criticism of that Cambodia thing; if you'd gone in earlier you might have captured the gun that killed my boy three months ago'. So you're asking me do I regret going into Cambodia?... No, I don't. You know what, I wish I'd gone in sooner. And harder! Może dobrze, że jednak nie sooner i harder.
Dość
kuriozalna sprawa: Gdy zabili naszego ojca autorstwa Loung Ung
to wspomnienia Kambodżanki o próbie poukładania sobie życia w
USA. Jest to kontynuacja First They Killed My Father. Części
pierwszej po polsku nie ma, druga owszem jest. Dla pasjonatów
tematu, ale klimaty w stylu obóz uchodźców, czy też próby
adaptacji do życia w USA zdecydowanie godne uwagi. Najbardziej
kuriozalna sprawa, napis z okładki:
Zachęcam każdego do
przeczytania tej niezwykle poruszającej i bardzo ważnej książki.
Angelina Jolie. Chyba nikt nie odmówi Angelinie?
W następnym odcinku: nasz ukochany bohater, specjalny wysłannik, człowiek w Kambodży obserwuje dziedzictwo Czerwonych Khmerów z perspektywy roku 2009. ![]() skomentuj (1) Celem zarobienia sobie na różne małe i duże potrzeby podejmowałem (i
podejmuję się) robót najdziwniejszych. W skali prac jakie w życiu
wykonywałem, roznoszenie ulotek dla jednej z krakowskich knajp nie było
niczym przesadnie ekstremalnym. Przynajmniej tak też początkowo się
wydawało. Pewnego październikowego dnia dostałem telefon od koleżanki,
że Black Gallery poszukuje kogoś do roznoszenia ulotek. Dobrze, zrobi
się, latałem z ulotkami już kilka razy. Oczywiście nie spisywaliśmy
żadnej umowy, wziąłem zestaw, a następne dwa dni biegałem po umówionych
miejscach - akademikach, hostelach, hotelach - i zostawiałem tam namiary
na lokal. Najciekawsze epizody są ledwie godne wspomnienia: pan pytał
mnie, czy to aby na pewno nie burdel, pani pytała, czy można tam
organizować osiemnastki. Tyle, zrobiłem, pożegnałem się, a w kilka dni
później wyjechałem na nieco dłużej. Sprawę uregulowania płatności
złożyłem na ręce koleżanki - dajcie jej, a ona mi da (tym razem chodziło
o pieniądze) jak tylko wrócę.
![]() skomentuj (1) |
|
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |